Premium

Deszczu nie kupi się za petrodolary. Trzeba wybudować górę

Zdjęcie: Shutterstock

Nie ma już czegoś takiego jak "normalna" pogoda. Pogodowy chaos, w ogromnym stopniu wywoływany zmianami klimatu, sprawia, że to ekstremalne zjawiska stają się nową normą. Zrujnowana przez burze czy śnieg majówka to najmniejszy problem. Jeśli szybko nie przystosujemy się do gwałtownych zmian, mogą nas czekać poważne problemy. 

Nikt nie może odmówić Zjednoczonym Emiratom Arabskim rozmachu. Niewielkie państewko od lat wydaje miliardy petrodolarów na projekty co najmniej ekscentryczne - od archipelagów sztucznych wysp, przez megawieżowce, aż po budowanie miast na pustyni. Wszystkie one mają być świadectwem potęgi i nowoczesności. Jednak projekt, który ZEA zaczęły przygotowywać sześć lat temu - choć jego skala przewyższa wszystkie dotychczasowe - jest inny. Nie chodzi w nim o prestiż, a przynajmniej nie tylko o to. Chodzi o przetrwanie. Emiraty budują sztuczną górę. Ma im dać coś, czego dotąd nie były w stanie kupić za petrodolary - deszcz. 

Średnie roczne opady w ZEA wynoszą zaledwie 12 centymetrów. To zdecydowanie zbyt mało, by myśleć o jakiejkolwiek samowystarczalności państwa. Przy tak mikrych opadach nie tylko uprawa ziemi staje się niemal niemożliwa, lecz także coraz trudniej o dostarczenie wody rosnącym arabskim metropoliom. A im bardziej ociepli się klimat, tym sytuacja będzie gorsza. 

Góra ma zatrzymywać nad Emiratami ciepłe, wilgotne powietrze znad morza. Gdy prądy atmosferyczne napotykają przeszkody w postaci łańcuchów górskich, wznoszą się, a zawarta w nich para wodna skrapla się pod wpływem spadającej na dużych wysokościach temperatury. Powstają chmury, które mogą przynieść upragniony deszcz. Na razie nie wiadomo dokładnie, ile będzie kosztować realizacja tego pomysłu, ale desperacki projekt ZEA doskonale wpasowuje się w ogólnoświatowy trend, od którego nie ucieknie nikt. Skoro przegraliśmy pierwszą bitwę o zatrzymanie globalnych zmian klimatycznych, teraz pozostaje nam tylko jedno: przebudować świat tak, by dostosować się do nowej brutalnej rzeczywistości. Adaptacja to być albo nie być całych miast, regionów i krajów. 

To jednak nie "rodzaj lenistwa"

Al Gore przyznał się do kolosalnego błędu. Były wiceprezydent USA, laureat Nagrody Nobla i Oscara za działalność środowiskową, w wydanej w 2013 roku książce "The Future" stwierdził, że początkowo był negatywnie nastawiony do działań, które miały pomóc ludzkości w adaptacji do nadchodzących zmian. Nie był w tym z resztą osamotniony. Rodzący się w latach 90. ruch klimatyczny adaptację uznawał za rodzaj kapitulacji. Sam Gore nazywał dążenie do opracowania środków pozwalających dostosować się do zmian klimatu za "rodzaj lenistwa". Aktywiści obawiali się, że jeśli położymy zbyt duży nacisk na przystosowanie się, zabraknie woli i pieniędzy na walkę ze źródłem problemu, czyli rosnącymi emisjami napędzającymi klimatyczny kataklizm. 

Tyle że z danych wynika jasno, iż ludzkość nie tylko nie zawróciła z drogi do potencjalnej katastrofy, ale wręcz wcisnęła gaz i zrobiła to pomimo podpisania w 1997 roku protokołu z Kyoto - pierwszego globalnego paktu mającego na celu zmniejszenie emisji gazów cieplarnianych. Dane Institute for European Environmental Policy pokazują, że ponad połowa wszystkich gazów cieplarnianych wyprodukowanych od 1751 roku została wpompowana do atmosfery po 1990 roku, kiedy nie było już wątpliwości, że konsekwencją będzie kompletne rozregulowanie ziemskiego termostatu.

Czytaj bez ograniczeń

premium

Uzyskaj dostęp do tego artykułu i innych treści specjalnych. Za darmo