Premium

"A gdyby nauczyciel zabrał dzieci do lasu, wskazał szczawik zajęczy i kazał go… zjeść? Ależ byłaby afera!"

Z przyrodą mamy problem. I wcale nie chodzi w tym momencie o globalną katastrofę klimatyczną. Jest to problem natury osobistej. Albo inaczej: to problem naszego osobistego stosunku do natury. To trochę jak z fotografią tygrysa na ścianie w salonie. Ładnie wygląda, może nawet fascynuje, ale przecież za nic w świecie nie chcielibyśmy tego zwierzęcia mieć w mieszkaniu.

Z dobrodziejstw przyrody korzystaliśmy - tak zwyczajnie na co dzień - przez ostatnie dwa i pół miliona lat, czyli od zawsze. I nagle przestaliśmy. Z różnych powodów. Bo tak jest bezpiecznie, bo tak jest wygodnie. Przyroda stała się pewnego rodzaju dekoracją, którą, owszem, lubimy, ale poza względami estetycznymi nie jest nam do niczego potrzebna. Co więcej, lepiej się do owej dekoracji nie zbliżać, bo może pokąsać albo pobrudzić.

Takie podejście ma swoją cenę, którą przyjdzie nam zapłacić. Syndrom Deficytu Natury to pojęcie, które zaproponował Richard Louv w bestsellerowej książce "Ostatnie dziecko lasu". Amerykański dziennikarz dowodzi w niej, że obecne pokolenie młodych ludzi dotyka pewna ułomność, wynikająca z coraz mniejszej ilości czasu spędzanego na łonie natury. To oczywiście koszt rewolucji technologicznej.

Jednak myliłby się ten, kto uznałby, że problem dotyczy tylko dzieci. Syndrom Deficytu Natury dotyka większości z nas. Nie widzimy sygnałów, które przyroda nam wysyła. Ich rozpoznawanie przestało być nam - z pozoru - do czegokolwiek potrzebne. Na deszcz mamy parasol, na suszę – butelkę wody w supermarkecie. Przestawiliśmy nasze zmysły na to, co wytworzone przez człowieka. Zapamiętamy drogie auto zaparkowane przed domem, nie dostrzeżemy, że właśnie sroka wściekle zaatakowała sójkę. Zresztą nie tylko zmysły przestawiliśmy na cywilizacyjne tory, ale i sposób myślenia.

Czytaj bez ograniczeń

premium

Uzyskaj dostęp do tego artykułu i innych treści specjalnych. Za darmo