TVN24 | Poznań

W skrzynce pocztowej znaleźli list i instrukcję. "Wiem, jakie ma Pan nazwisko i pozycję wśród ludzi"

TVN24 | Poznań

Autor:
Aleksandra
Arendt-Czekała/i
Źródło:
TVN24
Sprawa Marii LewandowskiejTajny Detektyw/Kurier Poznański
wideo 2/4
Tajny Detektyw/Kurier PoznańskiSprawa Marii Lewandowskiej

Młoda, elegancka blondynka namieszała w poznańskiej "śmietance towarzyskiej". Spokojnie mogli spać tylko ci, którzy w skrzynkach pocztowych nie znaleźli tajemniczego anonimu. Na kartce A4 wystukano na maszynie bezwstydne wspomnienia i bezczelną instrukcję.

Kurier Poznański, 13 października 1931 roku. Dział ogłoszeń, strona 14.

"Rower męski tanio. Wierzbięcice zdw. 72912".

"Jadalnię dębową, bogato rzeźbioną, bardzo tanio zdw 73021".

"Piekarni dobrze prosperującej poszukuję. Toruń zdw 6289".

"Psa małego czujnego porządnego kupię. Oferty zdw 72623".

Jedno z tych ogłoszeń stało się początkiem głośnej afery anonsowej w Poznaniu. Do którejś ze wskazanych skrytek znani i bogaci dżentelmeni wciskali pospiesznie koperty z gotówką. Do której?

"Kurier Poznański" - ogłoszenia Kurier Poznański 1931

"Ty, który korzystałeś z usług mego ciała"

Ci, którzy zawsze byli wierni swoim żonom, mogli spać spokojnie. Ale na tych, którzy coś mieli na sumieniu, padł blady strach. Około 30 poważanych poznaniaków znalazło w swoich skrzynkach pocztowych anonimy. Wśród adresatów byli prawnicy, politycy, dyrektorzy, lekarze, a nawet wysocy dostojnicy kościelni.

"Wiem, że niniejszym pismem sprawię Ci dużo kłopotu, nie czynię tego jednak ze złości, lecz z biedy. Swego czasu, nie będę przypominała ani czasu, ani miejsca, ani też okoliczności, choć pamiętam dobrze. Pan korzystał wówczas z usług mego ciała. Zachowałam dotąd wszystko w tajemnicy, choć wiem jakie Pan nosi nazwisko i jakie masz stanowisko śród ludzi. Ażebym jednak miała tę tajemnicę zachować nadal proszę przesłać 100 zł w liście do Kurjera Poznańskiego pod nr 72623 do 16.10.1931" – (pisownia oryginalna – przyp. red.)

Nie, nie to jeszcze nie koniec. List pisany na maszynie zajmował całą stronę A4. Co jeszcze zawarła w nim szantażystka?

Tłumaczyła się, że nie ma wyboru. Że potrzebuje tych pieniędzy, bo żyje w skrajnej biedzie.

"Nikt mi nawet bułki nie chce dać na kredyt. Mamże iść kraść? I dostać się do więzienia? Czy nie lepiej, że zwrócę się do Ciebie? Panie, byś Ty co z usług mego ciała korzystał, z kim dotąd dochowałam tajemnicy przed żoną i ludźmi. (...) Wiedz jednak, że jestem doprowadzona do takiej ostateczności, że gdybyś na moje proźby pozostał głuchy i mnie nie pomógł, będę i ja nielitościwa, doniosę o tem wszyskiem Twojej żonie, napiszę do niej lub sama pójdę ".

I jeszcze zastrzeżenie, że list trzeba traktować naprawdę poważnie.

"Było Ci wówczas u mnie tak dobrze! A taki byłeś głodny i chciwy pieszczot! Wspomnij te słotkie grzechy! Prześlij kobiecie, która ci dała tyle "rozkoszy" to 100 zł, które są mi niezbędne aby żyć. (...) Czekam! Czekam głodna!!!!!!!!!!"

Anonim z 1931 roku Tajny Detektyw, nr 5/1932 / Mazowiecka Biblioteka Cyfrowa

Anonim był bezczelny, bezwstydny i skuteczny. Kobieta, która korzystała ze skrytki numer 72623, odbierała "wiadomości" z administracji redakcji nawet dwa razy dziennie.

M.L

Autorką anonimów była Maria Lewandowska, poznanianka, córka powstańca wielkopolskiego, a więc kobieta "z dobrego domu". Nie wiadomo, jak długo kontynuowałaby szantaż, gdyby nie pewne przypadkowe spotkanie.

Ilustrowany Tygodnik "Tajny Detektyw": jeden z anonimów dostaje znany i poważany mecenas S., który bez chwili wahania pokazuje go swej żonie. Energiczna mecenasowa działa na gorąco. Udaje się po prostu do znajomego sobie kanonika z jednej z miejscowych parafii. Księdzu T. opowiada o otrzymanym przez męża liście i zasięga jego światłego zdania, co począć dalej w tej sprawie. Zdziwienie Pani S. nie ma granic, gdy kanonik oświadcza, że jest jednym z duchownych, który podobny anonim otrzymał.

Maria Lewandowska była młodą, elegancką kobietąTajny Detektyw

Ruszyła lawina.

Pani S. bezzwłocznie poinformowała o sprawie policję. Szybko okazało się, że pokrzywdzonych jest znacznie więcej. Z dnia na dzień o anonimach od szantażystki było w Poznaniu coraz głośniej.

Tajny agent na tropie

Sprawę powierzono samemu kierownikowi komendy policji w Poznaniu. Komisarz Nowakowski zarządził obserwację skrytki pocztowej, do której szantażowani mieli wrzucać gotówkę. W godzinach odbierania ofert skrytkę obserwuje tajny agent. I wtedy pojawił się ona. Młoda, ładna i elegancka kobieta.

"Z widocznym zadowoleniem, malującym się na twarzy, odbiera następnie kilka listów, chowa je do torebki i podąża ku wyjściu. A za nią w ślad tajny detektyw" - relacjonował Ilustrowany "Tajny Detektyw".

Policjant w cywilu poszedł za kobietą na Plac Wolności i tam aresztował ją w pobliżu kawiarni "Wielkopolanka". Zaskoczona Maria Lewandowska zaczęła się tłumaczyć. I "zdradziła" policjantom, że ona tylko wykonuje polecenia szajki, która ją szantażuje.

Dowodem miał być liścik. "Szkieły. Nie męczcie niewinnej kobiety, nas i tak nie odnajdziecie. Szantażyści".

Lewandowska nie została zatrzymana. Ale policjanci śledzili każdy jej krok. Do czasu.

Lewandowską aresztowano przed lokalem "Wielkopolanka"Tajny Detektyw

Fortel prokuratora, oko grafologa

Wydawało się, że śledztwo utknęło w martwym punkcie. Nie było nic, czego śledczy mogliby się uchwycić. Prokurator Habryk uciekł się do fortelu. Udzielił wywiadu dla jednej z gazet, w którym dał do zrozumienia, że Maria Lewandowska jest niewinna. Za to sporo mówi o tajemniczej szajce.

W międzyczasie nad sprawą pracował biegły grafolog, który badał anonimy.

"Tajny Detektyw": na podstawie drobnych poprawek w przedłożonych sobie anonimach stwierdził, że pochodzą one z ręki Lewandowskiej.

Wszystko zaczynało się składać w całość. Potrzebny był tylko dowód: maszyna do pisania. Śledczy sprawdzili wszystkie maszyny, jakimi dysponowała Maria, jej rodzina i znajomi. Ale czcionka żadnej z nich nie zgadzała się z tą, której szukali. Kolejny przełom nastąpił, gdy okazało się, że u Lewandowskich mieszka sublokator, który ma własną maszynę. Ta jednak w dziwnych okolicznościach zniknęła.

Śledczym pozostało pilnie obserwować młodą poznaniankę i liczyć na jej błąd. Ale to nie było łatwe, bo Lewandowska za każdym razem demaskowała tajnych agentów.

Śledczy obserwowali dom, w którym mieszkała LewandowskaTajny Detektyw

Tajny Detektyw: owa podejrzliwość i ostrożność Lewandowskiej dawały wiele do myślenia władzom, to też przeprowadzono w jej mieszkaniu niespodziewaną rewizję. W pokoju sublokatora stała nowiutka maszyna, ale pismo znów się nie zgadzało. Już śledczy wychodzili z mieszkania, gdy w drzwiach natknęli się na młodszą Lewandowską, niosącą tajemniczą paczkę.

Szybko okazało się, że był to poszukiwana maszyna. A zaskoczona siostra Marii wygadała się, że przyniosła ją na prośbę siostry.

Im dłużej Emilia mówiła, tym bardziej Maria była przerażona.

Proces

Wszystko wskazywało na to, że Lewandowska się nie wywinie. Jest akt oskarżenia, jest i proces. 26-latka z "dobrego domu" stanęła przed sądem 16 marca 1932 r. I znów wzbudziła wielkie emocje.

Kurier Poznański: u wejścia do sali sądowej od samego rana tłok nieopisany. Na salę wpuszczają woźni za biletami. Ławy dziennikarskie zajęte do ostatniego miejsca. Wśród audytorium niezwykle licznego przeważają kobiety. 

"Rekord Polski": z chwilą ukazania się "bohaterki" procesu oczy wszystkich zwróciły się w jej stronę, a matrony podniosły do oczu wytworne lorgnon i okiem znawczyń lustrowały jej bladą cerę, podcienione oczy i rażąco blond włosy.

Lewandowska wydawała się dość spokojna, pewna siebie i zdecydowana. "Ubrana w seledynowy jersey, w czarnym słomkowym kapeluszu zachowywała się tak jakby siedziała w loży teatralnej". Ale i ona, co i rusz, zerkała na pełną po brzegi salę.

Proszę wstać! Sąd idzie!

Na rozprawę wezwanie otrzymało ośmiu świadków. Ale zanim oni, najpierw prokurator Hrabyk i akt oskarżenia:

"Zarzuca się Lewandowskiej, że we wrześniu i październiku ubiegłego roku w celu przysporzenia sobie bezprawnej korzyści majątkowej, zniewalała kilkadziesiąt osób, zajmujących poważne stanowiska w świecie kościelnym, adwokackim, kupieckim itd. - groźbą zawiadomienia ich rodzin, względnie przełożonych o rzekomem niemoralnem ich życiu i do wpłacenia na jej ręce kwot od 100 do 3 tys. zł drogą złożenia tych pieniędzy - bądź na jej ręce, bądź też do administracji "Kuriera Poznańskiego" na szyfr zdw. 72 623. Oskarżona dopuściła się występku".

Hrabyk skrupulatnie przypomniał, co ustalono w śledztwie. A wersji było wiele, bo Lewandowska co chwilę zmieniała zdanie. Raz twierdziła, że sama jest ofiarą szantażu i że wypełniała tylko wolę szantażystów. Opowiadała nawet, jak ktoś w nocy pukał w jej okno i dopytywał, gdzie są pieniądze.

Później na moment przyznała się do winy, twierdząc, że nie chciała nikomu zaszkodzić, a listy pisała w stanie silnego wzburzenia. "Miało ją to skutecznie skompromitować i uniemożliwić kontakty z osobami, do których zbytnio się przywiązała".

Innym razem Lewandowska mówiła, że wie kto pisał anonimy, ale nie powie. Potem próbowała winą obarczyć Wacława Rzewuskiego, który jak twierdziła, miał wyjechać do Konga. Jednak zdaniem śledczych człowiek ten najpewniej nie istniał.

- Jeśli Lewandowska zamierzała się skompromitować to nie wytłumaczone są te jej poczynania, któremi zmierzała do uniemożliwienia władzom wykrycia autora anonimu. Już w styczniu 1932 roku, widząc, że krąg podejrzanych się zawęża napisała do grafologa list z zapytaniem, czy sprawa anonimu będzie miała dla niej skutki prawne - grzmiał prokurator.

Hrabyk nie dawał wiary tym wersjom i Lewandowską widział za kratami.

Sprawa przyciągała na salę sądową tłumyTajny Detektyw

Ale to nie na prokuratora wszyscy czekali. Gwoździem programu były zeznania "bohaterki" tego zamieszania. Przed sądem Lewandowska nie przyznała się do winy. Na pytania Hrabyka odpowiadała ciągle tak samo: nie wiem, nie pamiętam, odmawiam zeznań. Ale z sędzią już chętniej rozmawiała.

Potwierdziła, że początkowo przyznała się do pisania anonimów, ale zrobiła to ze strachu, bo prokurator groził jej aresztem.

Czy zamieściła ogłoszenie w "Kurierze Poznańskim"? Tak, bo jak twierdziła, rzeczywiście chciała kupić pieska. Ale w skrytce nieoczekiwanie znalazła też listy dotyczące szantażu, o którym nie miała pojęcia.

Co z maszyną, która najpierw była w pokoju jej sublokatora, a potem zniknęła? Lewandowska przyznała, że wyniosła ją z mieszkania, bo wiedziała, że na tej maszynie anonimy były pisane.

"Przewodniczący: zna oskarżona zatem autora tych anonimów?

Lewandowska: oczywiście znam autora anonimów, nie mogę go jednak zdradzić. Osoba ta bowiem przyznała się do pisania anonimów, a ja zobowiązałam się, że jej nie zdradzę. Powiedziała mi wówczas, że gdybym ja miała z tego powodu jakieś nieprzyjemności, to ona się zdemaskuje.

Przewodniczący: dlaczego tego nie zrobiła?

Lewandowska: z przyczyn niezależnych od siebie."

Sędzia wysłuchał jeszcze zeznań świadków, ale te nie wniosły wiele do sprawy. Wskazywały za to, że Lewandowska może być niezrównoważona. Dr Cyprian przerwał rozprawę i poprosił biegłych psychiatrów o zbadanie oskarżonej.

"Nie wystarczyły jej fantazje, rojenia, sny"

Druga rozprawa też zgromadziła tłumy w sądzie. I nie tylko. Do redakcji "Kuriera Poznańskiego" trudno było się dodzwonić. Bo od rana linię zajmowali poddenerwowani mężczyźni, którzy dopytywali jak przebiega proces. W skrócie: nieoczekiwanie.

Najpierw sędzia dr Cyprian wysłuchał dwóch biegłych psychiatrów. Ich opinia była kluczowa. Mieli oni ocenić stan psychiczny Marii Lewandowskiej.

Dziennik Poznański: co do oskarżonej to prof. Horoszkiewicz stwierdza, że intelekt oskarżonej nie jest zbyt wysoki, dowodem czego są jej świadectwa szkolne oraz odpowiedzi rzeczoznawców, które wykazują, że nie posiada ona ona elementarnych wiadomości z literatury polskiej. (...)

Profesor mówi, a Lewandowska się śmieje.

"Rekord Polski": posługuje się kłamstwem nawet bez celu, byleby kłamać. Listy anonimowe pisała już od szeregu lat. Chodziło jej tylko o zwrócenie uwagi na siebie. Usiłowała siebie w tych listach przedstawić w jak najlepszym świetle, a pogrążyć osobę, stojącą na przeszkodzie.

"Dziennik Poznański": prof. Borowiecki oświadczył, że całkowicie się zgadza z prof. Horoszkiewiczem. (...) Ukryte histeryczne rysy charakteru poczęły się ujawniać w oskarżonej na zewnątrz po śmierci jej ojca. Oskarżonej nie wystarczyły już tylko fantazje, rojenia, sny na jawie, ona potrzebowała dla nich odpowiedniej inscenizacji. Tą charakterystyczną skłonność można nazwać sadyzmem, połączonym z okrucieństwem dla siebie samego.

Z opinii biegłych wyłaniał się obraz niezrównoważonej mitomanki, która notoryczne kłamie.

***

Obrona zaskoczyła. Mecenas Hejmowski powiedział na sali, że od początku wiedział, kto mógł pisać anonimy, ale nie mógł tego wcześniej zdradzić. Winą za szantaż obarczył wuja Lewandowskiej - świętej pamięci Włodzimierza Jerzykowskiego. Cóż, sam Jerzykowski nic już nie mógł powiedzieć, więc na świadka powołano jego prawnika mecenasa Bogdańskiego. Ten przyznał, że nieboszczyk żywo interesował się sprawą anonimów, a nawet chciał interweniować, stając w obronie Marii. Jerzykowski miał mówić Bogdańskiemu, że "głowę dałby sobie uciąć za to, że Maria jest niewinna". Nie zdążył nic zrobić, bo umarł.

Cóż, dla sądu to chyba nie była zbyt przekonująca opowieść. Ogłoszono przerwę, a po niej wyrok.

"Dziennik Poznański": sąd ogłosił wyrok uznający oskarżoną Lewandowską winną wymuszania za pomocą listów anonimowych i skazał ją na rok więzienia.

Mecenas Hejmowski od razu zapowiedział, że to jeszcze nie koniec sądowej batalii. Tak też się stało.

To jeszcze nie ostatnie słowo

Siedem miesięcy później sprawa Lewandowskiej ponownie znalazła się na wokandzie. Tym razem zainteresowanie poznaniaków było już mniejsze. 

"Dziennik Poznański": małą salę sądową wypełniły przeważnie panie z towarzystwa. Na ławie oskarżonych zasiadła Maria Lewandowska, ubrana nadzwyczaj elegancko. Obok niej ławę obrońców zajął znany mecenas dr Rosner. Jako biegli zjawili się prof. Horoszkiewicz i prof. Borowiecki. Trybunał stanowili: wiceprezes S.A. sędzia Wonsch oraz sędziowie Grabowski i Rynawiec. 

Prokuraturę reprezentował dr Gardulski, który na salę przyniósł książkę wydaną przez oskarżoną. W "Pamiętnikach poznańskiej szantażystki" Lewandowska opisała swoje intymne relacje od 1927 roku.

Podczas rozprawy biegli psychiatrzy znów oświadczyli zgodnie, że "oskarżona w okresie popełnienia swego czynu była nienormalna" i uległa tzw. mitomanii. Potem zgodnie z życzeniem obrony zeznania złożyła siostra Marii, ale nie wniosło to nic do sprawy.

Ostatecznie prokurator Gardulski odstąpił od kary więzienia, ale chciał, by szantażystka trafiła do szpitala dla umysłowo chorych. Mecenas Rosner nie mógł do tego dopuścić. Próbował storpedować ten plan, zapewniając, że "okres zaburzeń umysłowych u jego klientki już minął".

Sędzia Wonsch trzymał w niepewności obie strony do 10 listopada.

"Ilustrowany Kuryer Codzienny": winę Lewandowskiej uważa sąd – jak to podniósł przewodniczący sędzia Wonsch – w uzasadnieniu za udowodnioną. Lecz na podstawie art. 17 sąd zmuszony był uwolnić ją od kary (art. 17 wyklucza karygodność czynu z powodu niedorozwoju psychicznego lub choroby psychicznej). Lewandowska poniosła tylko koszty postępowania procesowego.

"Goniec Wielkopolski": Wyrok był niespodzianką i wywołał poruszenie wśród społeczeństwa.

Sprawa się zakończyła, ale dziennikarze jeszcze długo nią żyli. W gazetach pojawiały się poradniki dotyczące anonimów i pracy grafologów.

***

Korzystałam z artykułów zawartych w latach 1931/1932 w : Dzienniku Poznańskim, Ilustrowanym Kuryerze Codziennym, Gońcu Wielkopolskim, Kurierze Poznańskim i w Tajnym Detektywie.

Autor:Aleksandra Arendt-Czekała/i

Źródło: TVN24

Źródło zdjęcia głównego: Tajny Detektyw