Andrzej umarł.
Andrzej czuł, rozumiał, znał naszą politykę, jak nikt inny. I nigdy nie przestała go pasjonować, nawet wtedy, gdy coraz częściej musiał zadawać pytania, które wynikały z jego wiedzy i obnażały głupotę rozmówców.
Ale nie stracił do końca tej niesamowitej dziennikarskiej, a może przede wszystkim ludzkiej cechy - ciekawości. Ta ciekawość na pewno stała też za decyzją szaloną, gdy 25 lat temu z okładem postanowił - uwaga! - PIERWSZY wejść do drużyny TVN24.
Wtedy, w tych ostatnich tygodniach 2000 roku, Morozo (tak Go zawsze nazywaliśmy) pojawił się na zupełnie pustych korytarzach TVN24, gdzie miotaliśmy się we dwóch - Maciek Sojka (prezes) i ja (szef programowy) - żeby stworzyć coś zupełnie w naszej rzeczywistości nowego: telewizyjną stację informacyjną.
Andrzej był wtedy gwiazdą radia ZET. Mógł tam bezpiecznie i dostatnio żyć. Ale postanowił ruszyć w świat telewizyjnej przygody ekstremalnej, bo go kusiło nowe, nieznane. Bo był niepoprawnym OPTYMISTĄ. Ale w swoich życiowych i zawodowych decyzjach kierował się przyzwoitością, a jego decyzja o zmianie pracy to była też decyzja SOLIDARNA, bo z radia (z przyczyn, o których nie czas teraz mówić) odchodziła prawie cała redakcja newsowa. Wielu z tych wspaniałych dziennikarzy trafiło do TVN24 właśnie dzięki Andrzejowi.
Był błyskotliwy, uczciwy i po prostu DOBRY.
I umiał w najtrudniejszych nawet momentach zawodowego życia szczerze się śmiać. Jego głośny śmiech na korytarzu 2. piętra siedziby TVN24 to jedno z moich najmocniejszych wspomnień tej stacji.
I to wszystko, to przyzwoite życie, wydawało się zawodowo nagrodzone na koniec. Jego "Tak jest" - autorski program dający szansę na długie, 20-minutowe rozmowy o polityce i zupełnie też innych sprawach - miał sukces oglądalnościowy, był MĄDRĄ, INTELIGENCKĄ odpowiedzią na marność tego świata.
I potem, nagle, ten człowiek bez nałogów - poza nałogiem śledzenia sejmowego bagna - został dotknięty straszną chorobą. Bolesną, niszczącą, bezwzględną. Mimo tego, a może właśnie przez to, postanowił poprowadzić swój program. I poprowadził.
Morozo, "wielkieś mi uczynił pustki w domu moim". Kto mi teraz powie "jak jest"? Jest wielu, którzy próbują. Ale lata miną, nim zapełnią choć trochę to puste miejsce po Tobie.