Żyją jak na bombie zegarowej, nie znają dnia ani godziny, kiedy pojawi się kolejne zapadlisko. Za każdym razem dźwięk syreny wozu strażaków zwiastuje najgorsze. Mieszkańcy Trzebini są w sytuacji bez wyjścia. Ich nieruchomości tracą na wartości, a oni sami nie wiedzą, co będzie jutro. Boją się o siebie, krewnych i swój dorobek życia. Są skazani na pomoc państwa, a konkretnie spółki, która ma ich ratować. Ale każdy dzień, tydzień, miesiąc oddala ich od tak oczekiwanego spokoju. Zapewnienia, że wszystko będzie dobrze, okazują się pustymi deklaracjami. Słyszą tylko "będziemy, będziemy", a natura odbiera co swoje. Pospieszne zamknięcie na początku lat dwutysięcznych kopalni i szereg zaniedbań przez prawie ćwierć wieku, zbierają dziś swoje żniwo. Dotąd w małopolskiej Trzebini doszło do około 50 zapadlisk. Pojawiają się one coraz bliżej domów. Jerzy Korczyński od wielu miesięcy regularnie odwiedza Trzebinię, rozmawia z ludźmi i stawia pytania, czasem niewygodne, czasem bolesne. Ktoś, kto nie miał nigdy do czynienia bezpośrednio z zapadliskami nie zrozumie, co czują mieszkańcy Trzebini.