- Do wypadku doszło we wrześniu 2023 roku na A1 w Sierosławiu niedaleko Piotrkowa Trybunalskiego (Łódzkie).
- W samochodzie marki Kia zginęli rodzice i ich pięcioletni syn. Sebastian M. siedział za kierownicą BMW.
- Sebastian M. został sprowadzony 26 maja 2025 roku do Polski ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich, gdzie wyjechał po wypadku.
- Proces toczy się od października 2025 r. przed Sądem Rejonowym w Piotrkowie Trybunalskim.
- Oskarżony od początku podważa rzetelność przeprowadzonych przez biegłych badań.
W czwartek, podczas kolejnego posiedzenia sądu, wyjaśnienia składa Sebastian M., oskarżony o spowodowanie wypadku na autostradzie A1, w którym zginęło małżeństwo i ich pięcioletni syn.
- Na początek chciałem powiedzieć, że nie przyznaję się do popełniania zarzucanych mi czynów - powiedział. - Będę odpowiadał tylko na pytania sądu i mojego obrońcy, nie będę odpowiadał na pytania innych - zastrzegł.
"Rozważałem nawet poddanie się dobrowolnie karze"
- Nie wierzę w bezstronność i rzetelność prokuratury w wyjaśnieniu tej sprawy. Na początku procesu nie widziałem żadnej możliwości, żeby złożyć wyjaśnienia. Miałem głębokie poczucie, że jeżeli zacznę mówić coś, co nie potwierdza w narracji aktu oskarżenia, nikt mi nie uwierzy, a swoją rodzinę narażę na jeszcze większą nienawiść społeczną. Byłem zrezygnowany, chciałem mieć to za sobą, rozważałem nawet poddanie się dobrowolnie karze, aby zamknąć temat, mimo że uważam, iż nie spowodowałem tej strasznej tragedii, która jest przedmiotem tego procesu. Nie chciałem też mówić o wypadku, widząc rozpacz rodzin jego ofiar, którym niezmiernie głęboko współczuję tragedii, która ich spotkała. Dlatego zdecydowałem się na proces mediacji, chciałem starać się o zakończenie tej sprawy jak najszybciej, nawet kosztem świadomości, że być może zostanę skazany za coś czego, w mojej ocenie, nie zrobiłem - mówił w sądzie.
- Przechodząc do właściwej części moich wyjaśnień, składam je dopiero teraz, ponieważ chciałem doczekać do momentu, kiedy moje słowa znajdą potwierdzenie w materiale dowodowym. Zacznę od tego, że ja dokładnie nie wiem, co się stało tego tragicznego dnia. Mam nadzieję, że sąd dopuści wnioski o opinię uzupełniającą biegłych lub nową opinię biegłych i kwestia ta zostanie dogłębnie zbadana - dodał.
"Nie doprowadziłem do tej strasznej tragedii"
- Nie jechałem z prędkością zbliżoną do 300 kilometrów na godzinę, tego jestem pewien. Jestem pewny że do zdarzenia doszło na lewym pasie, a nie środkowym. Jestem absolutnie pewny, że nie straciłem panowania nad swoim pojazdem, nie zjechałem na środkowy pas, nie uderzyłem w pojazd Kia, nie doprowadziłem do tej strasznej tragedii - relacjonował. I dodał: - W aucie była cisza, kiedy samochód się zatrzymał byłem w strasznym szoku. Nie widziałem, co się stało. Nie widziałem też, co z tym drugim samochodem. Mój samochód był wyposażony w system powiadamiania służb ratunkowych na wypadek zdarzeń drogowych, więc automatycznie wykonał połączenie na numer alarmowy i zgłosiłem, że doszło do wypadku. Kiedy minął pierwszy szok, zacząłem udzielać pierwszej pomocy pasażerom w moim samochodzie.
- Gdy wysiadłem z auta zobaczyłem słup ognia, wziąłem gaśnicę i podałem Patrykowi [jeden z pasażerów BMW - red.], żeby pobiegł do drugiego auta, sam zostałem przy Arku [drugi pasażer BMW - red.], który powoli odzyskiwał świadomość. Przy drugim samochodzie widziałem dwa pojazdy, ludzie szybko się zatrzymywali i próbowali ugasić pożar, ale ogień był zbyt silny - mówił.
"Nigdy nie uciekłem i nigdy nie miałem zamiaru"
Sebastian M. opowiedział, że po wypadku wyjechał na targi do Niemiec, które były od dawna zaplanowane. Potem z Niemiec pojechał do Turcji na - jak powiedział - też zaplanowane spotkania i dopiero stamtąd poleciał do Zjednoczonych Emiratów Arabskich, gdzie miał też przebywać w sprawach zawodowych. Zapewniał, że "wszystkie rezerwacje hotelowe i bilety były rezerwowane na wiele miesięcy przed tym straszliwym zdarzeniem".
- Wysoki sądzie ja wiedziałem, że nie spowodowałem tego zdarzenia, więc nie czułem się winny śmierci tych osób. Natomiast samo zdarzenie było dla mnie ogromną tragedią i nie było dla mnie obojętne. Miałem dwa wyjścia - zamknąć się na świat i myśleć o tym, co się stało, czytając, co ludzie o mnie piszą w internecie. Albo wyprzeć te myśli i realizować obowiązki zawodowe, które miałem zaplanowane od wielu miesięcy. Każdy człowiek inaczej sobie radzi ze stresem i tragedią, ja wybrałem taki sposób, dlatego przed wyjazdem skontaktowałem się z panią prokurator i zapytałem, czy nie ma żadnych przeszkód, abym wyjechał i tak też zrobiłem - opisywał.
Sędzia Renata Folkman w lutym poinformowała strony, że wobec decyzji oskarżonego o składaniu wyjaśnień, rozważy, czy podejmie decyzję w sprawie złożonego przez jego obronę wniosku o dopuszczenie uzupełniającej opinii biegłych w sprawie przyczyn wypadku. Przypomnijmy, obrona Sebastiana M. podważa rzetelność przeprowadzonych badań. Sędzia postanowienie wyda dopiero po odebraniu wyjaśnień oskarżonego.
Zeznawali świadkowie
Przed nim na czwartkowej rozprawie zeznawała policjantka, która jako jedna z pierwszych była na miejscu zdarzenia. Pytania zadawała jej głównie obrońca Sebastiana M. Zapytała, czy funkcjonariuszka brała udział w czynnościach na miejscu.
- Brałam udział w czynnościach dotyczących zdarzenia drogowego - to było badanie na zawartość alkoholu w wdychanym powietrzu, a także pomoc podczas innych czynności - powiedziała.
Dodała, że nie uczestniczyła w oględzinach i nie podejmowała na miejscu żadnych decyzji. Widziała na drodze mnóstwo rozrzuconych rzeczy. - Rzeczy była masa, zdarzenie było bardzo rozległe - podkreślała.
Jako drugi zeznawał mężczyzna, który feralnego wieczoru jechał jako pasażer busa.
- Widziałem płonący samochód, wypadku nie widziałem bo spałem. Jechałem białym busem tą samą jezdnią co samochód, który płonął. W pewnym momencie kierujący pojazdem Artur obudził mnie i krzyknął: "Patrz samochód płonie, dawaj gaśnice lecimy". Artur próbował otworzyć prawe drzwi od pasażera, ale się nie dało, klamka mu w rękach od temperatury tylko została. Wybił okno, ale wtedy jeszcze bardziej ten samochód zaczął płonąć. Artur chciał pomóc kobiecie, która była z przodu. Dobiegł do nas jeszcze jeden gość z gaśnicą, wszyscy stwierdziliśmy, że to się nie powiedzie, bo pożar był już za bardzo rozwinięty - opowiedział.
Przesłuchania świadków i oświadczenie matki kobiety, która zginęła
W trwającym od kilku miesięcy procesie przesłuchano wielu świadków - policjantów, strażaków i w lutym w imieniu pokrzywdzonych przed sądem odczytała oświadczenie Małgorzata Duda, matka Martyny - kobiety, która zginęła we wrześniu 2023 roku razem z mężem Patrykiem i pięcioletnim synkiem Oliwierem. Jak powiedziała, postanowili zabrać głos, widząc zachowanie oskarżonego i jego rodziny. - Moja córka, zięć i wnusio, Martyna, Patryk i Oliwier nie dojechali do domu i odeszli bez pożegnania, co na pewno było wbrew ich woli. Zdecydował o ich odejściu pan Sebastian M., który tamtego wieczoru 16 września 2023 roku swoją brawurą oraz bezmyślnością narażał na niebezpieczeństwo wszystkich obecnych na drodze jadących w kierunku Katowic - mówiła kobieta.
- Popisowa jazda oskarżonego jest dla nas niepojęta i w żaden sposób nie tłumaczy jego nieodpowiedzialnego postępowania jako kierowcy na drodze. Z zeznań świadków, pasażerów BMW wynika, że na sposób jazdy oskarżonego nie wpływał żadnego rodzaju pośpiech. Z naszej perspektywy oskarżony prowadził swoje auto z niewyobrażalną wręcz szaleńczą prędkością dla zabawy i bez cienia refleksji nad swoim zachowaniem - dodała.
Jak mówiła, teraz także mają wrażenie, że "zarówno do oskarżonego, jak i do jego rodziny nie dociera, co się tak naprawdę stało".
- Czas spędzony tutaj, na rozprawach, kojarzy nam się głównie z ironią i uśmiechem rodziny, co w zaistniałej sytuacji potęguje tylko nasze cierpienie - powiedziała Małgorzata Duda.
"Kilkanaście minut przed ich śmiercią rozmawiałam z córką"
Wyraziła nadzieję, że sąd wymierzy sprawiedliwość względem Sebastiana M. na podstawie faktów, a nie "wybiórczych teorii", które kreuje oskarżony. Przykładem takich teorii ma być sprawa koła dojazdowego w Kii, którą na podstawie zleconej prywatnej opinii biegłego oskarżony i jego obrońca postawili przed sądem sugerując, że Kia mogła jechać zbyt szybko na kole dojazdowym, a awaria koła mogła stanowić jedną z przyczyn wypadku.
- Zaledwie kilkanaście minut przed śmiercią naszych ukochanych dzieci osobiście rozmawiałam z moją córką przez telefon. Podczas rozmowy nie usłyszałam o problemach związanych z samochodem, jak w różny sposób sugeruje obrona oraz sam pan Sebastian, a jedynie słowa: mamo, zostało nam około dwie godziny drogi i będziemy w domu - wspominała pani Małgorzata.
- Przed każdą rozprawą spotykamy się z naszymi dziećmi i Oliwierkiem na cmentarzu, ale już nigdy nie zrobimy tego przy wigilijnym stole, nie zobaczymy, jak nasz wnuczek dorasta, jak nabiera doświadczenia życiowego. Odebrał nam pan to, co najcenniejsze mieliśmy w życiu - dodała kobieta.
Jak mówiła, oni, jako rodzina, słyszą, że nie wygrają z "pieniędzmi i koneksjami rodziny".
- Wierzymy w sprawiedliwość, a istotą sprawy nie jest to, czy stracił pan panowanie nad autem, czy zabrakło refleksu, czy zawiodła maszyna, czy pan tego chciał, czy też nie. Wiemy tylko, że jechał pan znacząco za szybko, o czym świadczy zgromadzony w tej sprawie materiał dowodowy - powiedziała Małgorzata Duda.
Dodała, że jej rodzina będzie walczyć o sprawiedliwość tak długo, jak tylko będzie mogła i nie podda się, bo jest to winna swoim dzieciom. - Głęboko wierzymy, że sprawiedliwy wyrok sądu wydany w przedmiotowej sprawie oraz nasz upór i determinacja ostudzą na przyszłość zapędy piratów drogowych, aby nigdy więcej nie ginęli na drogach niewinni ludzie w wypadkach samochodów - podkreśliła Małgorzata Duda.
Na czas wygłaszania oświadczenia i wyłącznie w tym kontekście kobieta zgodziła się na publikację swoich danych.
Podważa opinię biegłego, chce nowej
Na poprzednich rozprawach Sebastian M. zakwestionował rzetelność opinii biegłych z zakresu rekonstrukcji wypadków drogowych, zarzucając, że jest stronnicza i wybiórczo wykorzystuje fakty pod wpływem przekazów medialnych. Złożył wniosek o dopuszczenie prywatnej opinii biegłego oraz o przesłuchanie jej autora.
Powiedział, że oględziny miejsca wypadku rozpoczęły się długo po wypadku, kiedy samochody rozjeżdżały ślady, a sporządzony szkic nie obrazuje właściwie miejsca wypadku i nie odwzorowuje skali.
Oskarżony o "innej wersji zdarzeń"
Sebastian M. wskazywał też na ślad na jezdni, który jego zdaniem nie jest śladem hamowania i nie pasuje do szerokości kół samochodów BMW i Kia. Ma to być ślad żłobiący asfalt, który zdaniem oskarżonego pozostawiła rozerwana w czasie jazdy opona koła dojazdowego Kii.
- W przypadku rozerwania opony musiałoby dojść do natychmiastowej zmiany toru jazdy - powiedział oskarżony, powołując się na zapisy z systemów elektronicznych Kii, że nastąpiły gwałtowne ruchy kierownicą. Dodał, że kierowca Kii z taką oponą nie powinien poruszać się po autostradzie, a z pewnością nie z taką prędkością, z jaką jechał.
Adwokat Katarzyna Hebda, obrońca Sebastiana M., powiedziała, że w materiale dowodowym przedstawionym przez prokuraturę jest bardzo dużo wątpliwości, a na miejscu wypadku znaleziono koło dojazdowe, którego nikt nie zbadał.
- Prokurator mówi, że koło mogło wypaść z auta. Ale koło nie wypada tak sobie z pojazdu w chwili wypadku, a ślady na jezdni nie pasują do hamowania pojazdu. To są ślady koła bez powietrza. Jeśli mamy wątpliwości, zbadajmy to, a nie odrzucajmy tylko dlatego, że nie są zgodne z tezą oskarżenia - poparła wniosek swojego klienta adwokat.
Zakwestionował też prędkość BMW ustaloną przez biegłych
12 lutego Sebastian M. wystąpił z oświadczeniem podważającym ustalenia biegłych co do prędkości BMW, które prowadził, i wytknął istniejące - jego zdaniem - wewnętrzne sprzeczności w dołączonej do akt opinii.
Według Sebastiana M. ocena biegłych, że uszkodzenia samochodów w wyniku zderzenia wskazują, że powstały przy różnicy prędkości obu samochodów na poziomie 55-62 km na godz., a obliczona przez biegłych prędkość BMW w chwili zderzenia to 315-330 km na godz., co świadczy, że różnica prędkości sięgałaby 200 km na godz.
Swojego klienta wsparła obrońca mecenas Katarzyna Hebda, która złożyła wniosek o wystąpienie do BMW z pytaniem, czy modyfikacje, jakim poddany został samochód, nie wpłynęły na system rejestracji EDR (czarna skrzynka w samochodzie rejestrująca jego parametry w czasie jazdy) tak, że dane, które biegli wzięli jako podstawę do obliczenia prędkości BMW, nie były rzetelne.
Poddała też w wątpliwość kompetencje biegłego, twierdząc, że ma on certyfikat z 2015 r. i nie ma informacji, czy jego uprawnienia były później aktualizowane.
Według prokuratury wnioski obrony to kolejne próby obejścia przepisów procedury karnej, a biegły wydał już opinię jasną i pełną, w której prokurator nie widzi sprzeczności.
- Obrońca zmierza do zasięgnięcia opinii prywatnego podmiotu w tej sprawie (BMW), co uznaję za niedopuszczalne - powiedziała prokurator Konstancja Paprotna-Tobiczyk z Prokuratury Okręgowej w Katowicach.
Oświadczenie oskarżonego określiła jako próbę manipulacji faktami i tworzenie subiektywnych interpretacji dowodów, które stoją w sprzeczności z materiałem dowodowym, w szczególności z opiniami biegłych z zakresu rekonstrukcji wypadków drogowych i z zakresu badania śladów elektronicznych.
Sędzia Renata Folkman odrzuciła wnioski obrońcy Sebastiana M., uzasadniając, że biegli w śledztwie znali fakt modyfikacji samochodu BMW Sebastiana M., a w odczycie systemów rejestracji EDR w BMW uczestniczyli przedstawiciele autoryzowanego serwisu BMW Polska.
Odnosząc się do wątpliwości obrońcy Sebastiana M. co do kwalifikacji biegłego, sędzia Folkman powiedziała, że stoi na stanowisku odpowiedzialności i profesjonalizmu biegłego.
***
Do wypadku doszło 16 września 2023 r. na autostradzie A1 w rejonie Piotrkowa Trybunalskiego. W zderzeniu zginęła trzyosobowa rodzina - rodzice i ich pięcioletni syn. Zanim prokuratura zdołała przesłuchać Sebastiana M., ten wyjechał za granicę. Został zatrzymany w Dubaju i wydany Polsce w maju w 2025 roku. Od tego czasu przebywa w areszcie tymczasowym. Za spowodowanie śmiertelnego wypadku Sebastianowi M. grozi kara do ośmiu lat więzienia.
Opracował Piotr Krysztofiak/gp
Źródło: tvn24.pl, PAP
Źródło zdjęcia głównego: Piotr Krysztofiak/tvn24.pl