Wymyśliła raka i wycięli jej żołądek. Marta usłyszała wyrok

Katowice

Marta czekała na ten wyrok od kilku miesięcyTVN 24 Katowice
wideo 2/6

Szpital zawiadomił prokuraturę, że pacjentka dała lekarzom fałszywą dokumentację medyczną. Z papierów wynikało, że Marta ma raka żołądka. W rzeczywistości była zupełnie zdrowa. Ale to się okazało dopiero po operacji. Marta z wyciętym żołądkiem stanęła przed sądem i dzisiaj usłyszała wyrok.

Warunkowe umorzenie z trzyletnim okresem próby oraz obowiązkowe ambulatoryjne leczenie psychiatryczne - taki wyrok usłyszała w czwartek Marta M. z Pyskowic pod Gliwicami, o której w zeszłym roku było głośno w całej Polsce.

Młoda kobieta doprowadziła do usunięcia własnego zdrowego żołądka. Operacja odbyła się w szpitalu w Bełchatowie.

Adam Gomoła, obrońca Marty M., ocenił wyrok jako słuszny. - To mądre rozstrzygnięcie. Moja klientka już doświadczyła negatywnych konsekwencji swoich czynów na własnej skórze. Czas, by wróciła do równowagi psychicznej - powiedział nam adwokat zaraz po rozprawie.

Marta M. będzie musiała również ponieść koszty sądowe - niespełna 1600 zł oraz wpłacić 500 zł na cele społeczne.

Dwie tajemnice

Prokuratura Okręgowa w Gliwicach od początku wnioskowała o warunkowe umorzenie sprawy i nakaz leczenia ambulatoryjnego, ponieważ psychiatrzy zdiagnozowali u Marty zaburzenie psychiczne - zespół Münchhausena.

Jednak sąd nie uwzględnił wtedy wniosku prokuratury i skierował sprawę na rozprawę z powodu wątpliwości co do winy podejrzanej. Szczegółów nie ujawniano ze względu na wyłączenie jawności procesu.

Na decyzję sądu mogło mieć wpływ drugie śledztwo przeciwko Marcie, o którym gliwicka prokuratura dowiedziała się już po złożeniu wniosku o umorzenie. Toczy się ono w prokuraturze w Krakowie i nie ma nic wspólnego z powszechnie znaną definicją zespołu Münchhausena, czyli uzależnieniem od leczenia.

Dotyczy podrobienia podpisu prokuratora na pełnomocnictwie, upoważniającym Martę do reprezentowania 16-letniego Mateusza z domu dziecka. Mateusz był zmyślony, tak samo jak rak żołądka.

Marta przyznała się do obu oszustw. Jednego i drugiego dokonała mniej więcej w tym samym czasie, w 2016 roku. Miała wtedy 22 lata.

Dla niej to tragedia - musiała nauczyć się żyć bez żołądka. Tragedia także dla jej rodziców, dla których córka okazała się tajemnicą. Przed procesem Marta spotkała się z nami w obecności swojej mamy Lidii i obie opowiedziały nam, dlaczego mogło do tego dojść.

Pierwsze dwa lata życia

Marta została adoptowana w wieku dwóch lat. Nie wiadomo, co się z nią działo tuż po urodzeniu. Została odebrana rodzicom, gdy miała trzy miesiące. Przed trafieniem do domu dziecka pół roku leżała w szpitalu. Cierpiała na celiakię, miała zniszczone jelita. Jej nowi rodzice pamiętają, że cały czas płakała.

Zdaniem psychiatry i prawnika Magdaleny Łabędzkiej brak matki w pierwszym okresie życia mógł przyczynić się do zaburzenia psychicznego.

- Do drugiego, trzeciego roku życia człowiek czuje się tak, jakby był częścią matki. W szpitalu, w domu dziecka będzie nakarmiony, umyty, uspokojony, ale nie będzie miał nikogo na wyłączność. Kiedy matki nie ma, niemożliwy jest prawidłowy rozwój psychofizyczny człowieka. I jeśli zapamięta, że lekarze się nim interesowali, że pielęgniarki wokół niego "biegały", że salowe były miłe, kiedy miał problemy ze zdrowiem, to w chwili samotności może wykształcić sobie właśnie taki mechanizm radzenia z trudnościami - zespół Münchhausena - mówiła portalowi.

Łabędzka w rozmowie z nami nie wykluczała, że druga mistyfikacja Marty, związana z chłopcem z domu dziecka, też mogła mieć podłoże w zespole Münchhausena.

Psychiatra zajmowała się przypadkiem innej kobiety w Polsce, która z powodu tego zaburzenia przeszła szesnaście operacji chirurgicznych. Marta przeszła jedną, ale radykalną.

Dwa fałszywe wyniki

Operacja odbyła się w szpitalu w Bełchatowie. Martę skierował tam prywatny onkolog z Gliwic. Obaj lekarze oparli się na czterech wynikach badań. Dwa były autentyczne: wyniki tomografii komputerowej i markerów nowotworowych. Wyniki gastroskopii i badań histopatologicznych okazały się fałszywe. Sprawa wydała się dopiero po resekcji żołądka.

Najpierw rodzice Marty dowiedzieli się z anonimowego listu, wysłanego z Bełchatowa, że córce wycięto zdrowe narządy. Zawiadomili prokuraturę. Tymczasem w bełchatowskim szpitalu odkryto, że wycięty żołądek nie miał żadnych zmian nowotworowych. Potem, że ich pacjentka nie miała przed operacją badań gastroskopowych ani histopatologicznych, a lekarze podpisani pod wynikami badań w ogóle nie istnieją albo mają inne specjalizacje. Szpital również zawiadomił prokuraturę.

Drugie śledztwo

W Prokuraturze Okręgowej w Gliwicach toczy się również śledztwo w sprawie nieumyślnego spowodowania ciężkiego uszczerbku na zdrowiu. Śledczy sprawdzają, czy proces diagnostyczny i leczniczy przebiegał prawidłowo, czy lekarze mogli oprzeć się wyłącznie na dokumentacji, czy też powinni wcześniej dokonać samodzielnej weryfikacji przedłożonych badań i rozpoznania - mówi Joanna Smorczewska, rzeczniczka gliwickiej prokuratury.

Jak powiedziała portalowi, Marta zrobiła sobie wyniki badań na komputerze w powszechnie dostępnym programie edytorskim, posiłkując się informacjami z podobnej dokumentacji, publikowanej przez chorych w internecie. Fałszywe dokumenty na pierwszy rzut oka różniły się od tych autentycznych, wydrukowanych na specjalnym formularzu, który ma wiele ośrodków medycznych. Zawierały literówki.

Matka Marty w rozmowie z nami twierdziła, że prosiła lekarzy z Gliwic i Bełchatowa o powtórzenie gastroskopii u córki. Od diagnozy do terminu operacji, czyli przez dwa miesiące próbowała leczyć Martę metodami niekonwencjonalnymi i miała nadzieję, że odniosły skutek. Żaden z lekarzy nie zlecił dodatkowych badań.

Matka Marty wzięła ją prywatnie na markery nowotworowe, które wyszły negatywnie, tzn. wykluczyły nowotwór. Jednak lekarze uznali, że to nie są wiarygodne badania.

Śledztwo badające postępowanie lekarzy zostało zawieszone - śledczy czekają na opinię biegłych. Miała ona powstać do końca zeszłego roku. Jednak biegli uznali, że materiał jest zbyt obszerny i potrzebują więcej czasu. Najwcześniej będą gotowi ocenić sytuację do końca kwietnia.

- Nie zdarzyło się w historii tego kraju, żeby ktoś sfałszował dokumentację medyczną po to, by dać się okaleczyć. Wobec takich przypadków jestem zupełnie bezradny. Trudno mi sobie wyobrazić, żebym każdego pacjenta poddawał najpierw obserwacji psychiatrycznej, czy sobie nie wymyśla choroby. Ja muszę wierzyć pacjentowi, że mnie nie oszukuje, a pacjent musi wierzyć mi, że chcę mu pomóc. Pacjentka potwierdziła, że od dwóch lat skarży się na bóle brzucha. Nie zanegowała wyników badań. Podpisała formularz zgody na operację. Miała kilka dni na zapoznanie się z ewentualnymi powikłaniami po zabiegu - powiedział nam Piotr Trzeciak, chirurg który operował Martę.

Wyciął Marcie żołądek, mimo że po otwarciu brzucha nie dostrzegł ani nie wyczuł dotykiem zmian nowotworowych.

To może stać się jeszcze raz

Przed procesem Marta nie wyjaśniła śledczym powodów swojego zachowania. Nam też nie potrafiła wyjaśnić. - Gdybym wiedziała dlaczego, tobym powiedziała, dla świętego spokoju. Robiąc tę dokumentację, nie sądziłam, że ktoś w to uwierzy. Nie przygotowywałam się do tego. To się stało w jeden dzień, nie pamiętam tego dnia. Noc przed operacją miałam kryzys, ale było za późno, żeby się wycofać. Nie jestem szczęśliwa, budząc się rano z tym, co zrobiłam - mówiła.

Gdy matka pytała ją dlaczego, Marta z początku milczała. Potem zaczęła odpowiadać: - Bo nie było cię w domu, bo nie chciałam, żebyś wyjeżdżała.

Odkąd skończyła 12 lat, matka wyjeżdża do pracy w Niemczech.

- Myślę, że psychiatrzy jej to podsunęli - twierdzi matka. - Marta bardzo chce być samodzielna, a z drugiej strony jest bardzo nieśmiała, nieporadna i skryta. Jej starsi bracia się wyprowadzili, pracują, pozakładali rodziny, a ona ma sobie nie poradzić? Ta presja dorosłości spowodowała, że uderzyła we własny żołądek, bo podświadomie chciała schować się pod moją spódnicą. Psychiatrzy napisali w diagnozie Marty, że to może się powtórzyć.

Matka: - Boję się. Marta wróciła do pracy, znowu mieszka sama w innym mieście. Nie chcę jej ubezwłasnowolnić, trzymać na kanapie i prowadzić za rękę. A jeśli poczuje się samotna i znowu coś wymyśli, żebym się nią zaopiekowała? Ten strach mnie nie opuszcza. Myślałam, że mamy fajną relację. Słowo zaufanie straciło rację bytu.

Autor: mag / Źródło: TVN 24 Katowice

Źródło zdjęcia głównego: TVN 24 Kaowice