W sobotę, 28 stycznia 2006 roku, w pawilonie nr 1 - największym na terenie MTK - odbywały się targi i ogólnopolska wystawa gołębi pocztowych. Dach hali zawalił się około godz. 17.15. Wielu osobom będącym wtedy w pawilonie udało się z niego wyjść o własnych siłach i bez obrażeń. Na dachu o powierzchni hektara zalegała warstwa śniegu i lodu.
W środę minęła 20. rocznica tych wydarzeń. Rocznicowe uroczystości, jak co roku, odbyły się przy pomniku, wybudowanym w pobliżu placu po zawalonej hali. Podobnie jak w poprzednich latach podczas obchodów odczytano imiona i nazwiska ofiar, a później kapelani straży pożarnej i Polskiego Związku Hodowców Gołębi Pocztowych zmówili modlitwę w ich intencji. Na koniec delegacje złożyły kwiaty i zapaliły znicze.
Nadbryg. Janusz Skulich, który przed 20 laty dowodził akcją ratowniczą w MTK, w rozmowie z dziennikarzami zaznaczył, że było to z wielu względów najtrudniejsze zadanie w jego strażackiej karierze. Podkreślił, że akcji towarzyszył potężny ładunek emocjonalny. - Wydaje mi się, że naszym obowiązkiem jest, żeby odświeżać pamięć o tym zdarzeniu, po to, żeby było zawsze przestrogą dla nas, uczyło nas pokory zarówno wobec tego, z czym przychodzi nam czasami wojować, jak i własnych umiejętności oraz oddawać szacunek tym wszystkim, którym się nie pomogło, tym ofiarom, ich rodzinom, bliskim, i tym wszystkim, którzy uczestniczyli w tym przedsięwzięciu ratowniczym – powiedział gen. Skulich.
Na pomnik, przy którym odbyły się rocznicowe uroczystości, składają się dwie pionowe, pokryte granitem czterometrowe płyty, spomiędzy których wylatują odlane w brązie gołębie. Na jednej z płyt umieszczono nazwiska 65 ofiar tragedii. W środę posterunek honorowy przy tym monumencie wystawiły wojska obrony terytorialnej, PSP, policja oraz ratownicy górniczy.
"Żyję po raz trzeci"
Zbigniew Wełmiński to prawdopodobnie ostatnia żywa osoba wydobyta z rumowiska. Pod grubą warstwą stali i śniegu spędził ponad pięć godzin, przetrwał w 30-centymetrowej luce pomiędzy zawaloną konstrukcją a podłożem. Walący się dach uszkodził mu kręgosłup i wyrwał nogę ze stawu biodrowego. I tak miał więcej szczęścia niż jego dwaj koledzy – Węgier i Belg. Obaj zginęli na miejscu.
Belgijska firma, w której wtedy pracował, sprzedawała karmę dla zwierząt, miała stoisko w środkowej części hali, największej na terenie MTK. Do pawilonu pan Zbigniew wszedł dziesięć-kilkanaście minut przed katastrofą. - Bardzo spieszyłem się, żeby zdążyć na te targi z Krakowa. No i zdążyłem... - opowiadał.
Jak pamięta, dach runął w ułamku sekundy, odruchowo rzucił się na podłogę, jakby skakał do wody. Został przygnieciony olbrzymią belką. Po chwili zrobiło się całkowicie ciemno i cicho. - Dopiero po pewnym czasie odezwały się jakieś głosy. Jakaś pani powiedziała: "Ludzie, ja nie mam nóg". Horror – opowiada. Leżąc pod dachem zdołał dodzwonić się do żony, przyjechała na miejsce wraz z synem.
Pytany, czy wierzył, że zostanie uratowany, Wełmiński nie jest w stanie jednoznacznie odpowiedzieć. - Było bardzo zimno, nie wiem, jakim cudem przeżyłem ubrany tylko w letnią marynarkę i półbuty – podkreślił. W pamięci ma ratownika, który się do niego dogrzebał przez rumowisko i przez wąski otwór złapał go za rękę. - Wszystko się osuwało i powiedziałem mu, żeby tę rękę zabrał, bo mu ją za chwilę obetnie. Odpowiedział, że będzie mnie za nią trzymał do końca. To mnie bardzo zmobilizowało. Myślałem, że głupio byłoby, bo człowiek tak fajnie sobie umiera, a z drugiej strony szkoda tego chłopa. Ci ratownicy to byli niewiarygodnie fantastyczni ludzie – podkreślił.
Poza ratownikami jest wdzięczny lekarzom, którzy podczas długiego leczenia przywrócili go do sprawności. Ma natomiast pretensje do państwa, które - jak ocenił – w sprawach odszkodowawczych "bardzo gorliwie" broniło pieniędzy i nie poczuwało się do odpowiedzialności, mimo że teren, na którym stała hala, należał do Skarbu Państwa.
- 20 lat to dużo czasu, a czas wszystko zaciera, leczy. Ja samej katastrofy nie rozpamiętuję, bo to jałowe. W międzyczasie miałem udar, więc można powiedzieć, że żyję po raz trzeci – podsumował Zbigniew Wełmiński.
Ratownikowi "nogi się ugięły". Stracił braci
Aleksander Malcher w katastrofie stracił dwóch braci - Andrzeja i Zbigniewa, jeden z nich miał 51, a drugi 37 lat i podobnie jak Aleksander pracował w prywatnym pogotowiu ratunkowym w Pszczynie. Pan Aleksander wiedział, że bracia 28 stycznia wybierają się do MTK, sami byli hodowcami gołębi, to była ich pasja. O tym, że doszło do katastrofy, dowiedział się z paska w telewizji. Zaczął dzwonić do braci, ale żaden z nich nie odbierał. Niedługo później odebrał natomiast telefon z pracy, że trzeba wyjeżdżać do akcji ratunkowej w MTK.
Malcher do tej pory ma bardzo wyraźne wspomnienia z akcji ratowniczej. - Z zewnątrz wyglądało, jakby nic się nie stało. Dopiero, kiedy wszedłem do środka, nogi się pode mną ugięły. Sterta żelastwa na ziemi, lodu, śniegu, ludzie zaplątani w zawalonej konstrukcji. Straszny obraz, nie da się tego wymazać – podkreślił. Był skupiony na ratowaniu poszkodowanych. Liczył, że bracia przeżyli, być może też pomagają w akcji. O ich śmierci dowiedział się później.
Podkreślił, że mimo upływu czasu rana po katastrofie wciąż jest niezabliźniona. - Wydaje mi się, jakby to było kilka miesięcy temu. Dopiero, kiedy człowiek przychodzi na cmentarz i patrzy na daty na nagrobkach, zdaje sobie sprawę, że upłynęło już tyle lat. Nieraz chce się do moich braci zadzwonić, wtedy zdaję sobie sprawę, że ich już nie ma, ale jest to wciąż uczucie mało realne - wskazał.
Pochodzący z Góry pod Pszczyną Aleksander Malcher wychował się w rodzinie, w której było dwanaścioro rodzeństwa – pięciu braci i siedem sióstr, z wszystkimi czuł się bardzo związany. - Dwóch braci odeszło, najstarszy i najmłodszy, i cały świat nam się zawalił. Do dziś nie możemy się pozbierać. Z drugiej strony człowiek musi dawać radę, nie ma innego wyjścia – opowiadał.
Również on czuje się zawiedziony tym, jak rodziny ofiar zostały potraktowane przez państwo w sprawie zadośćuczynień. - To była największa katastrofa budowlana w historii Polski i nie potrafiliśmy stanąć na wysokości zadania, w przypadku innej katastrofy jakoś się dało. Mam odczucie, że w tym samym państwie są równi i równiejsi, ludzie różnych kategorii. Odczuwam niesmak – skwitował.
"Tej traumy nikt nie zabierze"
Mieczysław Ropelewski, który stracił pod gruzami aż pięć osób z najbliższej rodziny - żonę, córkę, wnuka, zięcia i pasierba, na kilka dni przed rocznicą proszony o rozmowę na temat katastrofy odpowiada, że nie bardzo może rozmawiać, bo właśnie stracił syna. - Opowiem tylko tyle, że udało mi się dobrze wychować wnuki. Wnuczka jest po magisterce z dietetyki, wnuk jest w Londynie, jest stewardem na liniach brytyjskich, też studia skończył. Udało mi się ich wyprowadzić na prostą, chociaż tej traumy nikt im niestety nie zabierze – podkreślił.
Zdzisław Karoń, wieloletni działacz Polskiego Związku Hodowców Gołębi Pocztowych, podkreślił, że katastrofa całkowicie zmieniła jego życie – wcześniej bardzo aktywny, po wypadku wskutek obrażeń kręgosłupa był sparaliżowany, przez pewien czas poruszał się na wózku inwalidzkim, a potem o kulach. Traumę po katastrofie przeżywa do dziś i niechętnie wraca do tych wydarzeń. Z drugiej strony uważa, że powinno się o tym mówić. - Żeby ludzie widzieli, co może człowiek człowiekowi zgotować na tej ziemi przez swoją niewiedzę, przez swoje zaniedbania. Nie chciałbym, żeby coś takiego się powtórzyło, żeby inni musieli przeżywać to, co ja przeżywałem – zaznaczył.
Również on do dziś dobrze pamięta moment katastrofy. Na początku była olbrzymia panika, pisk, hałas, krzyki; kiedy odwrócił głowę, zauważył "składający się" dach. Próbował uciekać, ale podmuch upadającej konstrukcji rzucił go na podłogę, chwilę później od stóp do ramion jak walec przygniotła go stalowa konstrukcja. Na jego telefon dzwonili bliscy i znajomi, ale nie był w stanie się ruszyć. Czuł dotkliwy ból. Otuchy dodawał mu kolega, który z nim rozmawiał i prosił, by nie zasypiał i zaczekał na ratowników.
Nie jest pewien, ale prawdopodobnie na pewien czas stracił przytomność, pamięta natomiast, jak był wyciągany z gruzowiska na desce ratowniczej. Ratownicy uwolnili go, używając pił i poduszek pneumatycznych, w głowie ma wciąż towarzyszące temu dźwięki. - Poczułem ulgę, że podnieśli tę konstrukcję i mnie stamtąd wydostaną – powiedział. Wydawało mu się, że pod zawalonym dachem leżał pół godziny, ale gdy później sprawdził połączenia telefoniczne, okazało się, że były to dwie godziny.
W karetce czuł trudny do zniesienia ból kręgosłupa. Dziwi się, że dopiero po przewiezieniu do szpitala zrobiło mu się strasznie zimno, wcześniej tego nie odczuwał. - Tuż po katastrofie była ogromna radość życia, byłem szczęśliwy, że żyję. Potem górę wzięły ból i niemoc – wspomina. Obok dolegliwości fizycznych pojawiły się inne problemy – reagował panicznie, gdy ktoś w telewizji puścił film, w którym pojawiały się wystrzały, bał się jeździć samochodem. Później, kiedy chodził do lekarzy, a ci pytali, co właściwie mu się stało, nie był w stanie odpowiedzieć. Do dzisiaj reaguje na nagłe, głośne dźwięki, nie może oglądać obrazów z wszelkich wypadków czy nawet opowieści o nich
- Nawet po 20 latach w człowieku siedzi to wszystko. Wystarczy iskierka, by wszystko wybuchło na nowo – powiedział i dodał, że najważniejsze dla niego było znalezienie sobie zajęcia, które odciąga go od myśli o katastrofie. Jak podkreślił, dobrym "lekarstwem" jest też rodzina. W marcu 2006 r., niedługo po katastrofie, urodziła mu się druga wnuczka. - Przeżyłem dlatego, żeby móc ją widzieć i cieszyć nią – zaznaczył. Dziś ta wnuczka ma już 20 lat, później Zdzisław Karoń doczekał się też trojga prawnuków. Po katastrofie przeprowadził się z Częstochowy do pobliskiego Olsztyna. Założył małą, przydomową winnicę. - Trzeba żyć do przodu, muszę się jakoś odnajdywać i przystosowywać do tego, co jest i nie narzekać – podsumował Zdzisław Karoń.
Tego dnia "Małysz skakał". To uratowało wielu ludzi
- Gdy cierpią ludzie, nie ma takiej akcji ratowniczej, którą można byłoby oceniać w kategoriach sukcesu, można jedynie zastanawiać się, czy nie trzeba było zrobić czegoś inaczej - powiedział z okazji 20. rocznicy tragicznych wydarzeń nadbryg. Janusz Skulich, który dowodził działaniami ratowniczymi po katastrofie hali MTK.
Strażak wspomniał, że tragicznego dnia uczestniczył w zebraniu w jednej z jednostek OSP w Jaworznie, gdy otrzymał telefon od oficera dyżurnego o katastrofie.
- Nawet przyjazd na miejsce i pierwszy rzut oka na halę nie dawał jeszcze wiedzy na temat faktycznej liczby poszkodowanych osób. Trzeba zwrócić uwagę, że w tym ogromnym nieszczęściu mieliśmy też trochę szczęścia. Kilka godzin przed katastrofą w hali było 2-3 tys. ludzi, ale tego dnia odbywały się zawody pucharu świata, Małysz skakał, dlatego wiele osób opuściło halę jeszcze przed 17 - zaznaczył nadbryg. Skulich.
Dowódca przypomniał, że ratownicy nie wiedzieli dokładnie, ile osób może znajdować się pod gruzami obiektu. Pod blachą słyszeli nawoływania i odgłosy dzwoniących telefonów komórkowych.
- Trzeba natomiast zwrócić uwagę, że od pierwszych minut z tym zdarzeniem było związane bardzo silne napięcie emocjonalne, związane z liczbą ofiar i odpowiedzialnością, ale też reakcjami ludzi. Kiedy pierwsze służby ratunkowe przyjechały na miejsce, wokół hali gromadziły się osoby, które z niej wyszły, wśród nich ranni, wymagający pomocy, często w szoku. Niektórzy chcieli wrócić do hali, by pomagać ofiarom albo zabrać zostawione w niej rzeczy. Trzeba było ich powstrzymywać, by tam nie wracali, a czasem też użyć siły fizycznej, ratownicy i policjanci musieli się z tymi ludźmi wręcz czasami bić - opowiedział strażak.
Akcja ratunkowa trwała kilkanaście godzin, a ratownicy działali pod presją czasu i niskiej temperatury. Halę podzielono na sześć sektorów, by równocześnie jak najszybciej dotrzeć do poszkodowanych. Ostatnią żywą osobę wyciągnięto około godziny 22, później strażacy docierali już tylko do ofiar śmiertelnych.
Dowódca przyznał, że podczas akcji popełnił poważny błąd. Jak zaznaczył, w ramach katastrofy zawaliły się dwie trzecie dachu MTK. Obszar pod pozostałą częścią stanowił drogę komunikacji między odcinkami prowadzenia akcji. Transportowano tamtędy sprzęt, przechodzili ludzie.
- Rzeczoznawcy powiedzieli, że nie wiedzą, dlaczego ta część jeszcze stoi. Proszę sobie wyobrazić, że ta pozostała część dachu zawaliła się w nocy z poniedziałku na wtorek, na szczęście wtedy już tam nie było ratowników. Wyłączenie tej części hali z działań ratowniczych dopiero rankiem w niedzielę to jeden z moich największych błędów, który na szczęście nie przyniósł żadnych tragicznych konsekwencji - ocenił nadbryg. Janusz Skulich.
Prawomocny wyrok po 11 latach
Katowicka prokuratura okręgowa zamknęła śledztwo latem 2008 r. Ustaliła, że na katastrofę złożyły się błędy i zaniechania już w fazie projektowania hali, a także jej użytkowania i nadzoru nad budynkiem. Główną przyczyną katastrofy były błędy w projekcie wykonawczym pawilonu. Odbiegał on znacząco od sporządzonego prawidłowo projektu budowlanego. Według biegłych pawilon mógł runąć w każdej chwili, już od momentu wybudowania go. Przed katastrofą hala kilkukrotnie ulegała awarii.
Proces karny w sprawie katastrofy toczył się od maja 2009 r. i był jednym z największych w historii śląskiego wymiaru sprawiedliwości. Prokuratura oskarżyła pierwotnie 12 osób – jedna z nich dobrowolnie poddała się karze, inny oskarżony zmarł w trakcie procesu, a sprawa kolejnego została wyłączona do odrębnego postępowania ze względu na stan zdrowia.
Wyrok w pierwszej instancji zapadł przed Sądem Okręgowym w Katowicach w czerwcu 2016 r., a prawomocne rozstrzygnięcie – we wrześniu 2017 r. przed katowickim sądem apelacyjnym. Sąd ten wymierzył kary od 1,5 do 9 lat więzienia pięciu oskarżonym, a cztery osoby uniewinnił – przedstawicieli firmy budującej halę i b. członka zarządu spółki MTK Nowozelandczyka Bruce'a R.
Najsurowszą karę, 9 lat więzienia, wymierzył projektantowi hali Jackowi J., któremu przypisał umyślne sprowadzenie katastrofy z zamiarem ewentualnym. Uznał, że J. mógł liczyć się z tym, że budynek może się zawalić. Nie miał on stosownych uprawnień do projektowania budowli. Ponadto skazani zostali: b. członek zarządu spółki MTK Ryszard Z. na 2 lata więzienia, b. dyrektor techniczny spółki Adam H. na 1,5 roku, rzeczoznawca budowlany Grzegorz S. – na 2 lata i b. inspektor nadzoru budowlanego w Chorzowie Maria K. – na 2 lata.
Walka o odszkodowania
Początkowo rodziny ofiar i ranni w katastrofie kierowali swoje roszczenia pod adresem spółki MTK, ale później także do Skarbu Państwa, podkreślając, że on był samoistnym posiadaczem terenu, na którym stała hala (MTK tylko dzierżawiły teren). To stanowisko podzielały sądy, które uznały, że odszkodowania powinno wypłacić właśnie państwo. Strona powodowa wskazywała ponadto na zaniedbania władzy publicznej w zakresie nadzoru budowlanego, które przyczyniły się do katastrofy.
W styczniu 2019 r. Sąd Apelacyjny w Warszawie, który orzekał w sprawie pozwu zbiorowego około 90 bliskich ofiar katastrofy, prawomocnie uznał, że państwo odpowiada cywilnie za tę katastrofę. Konsekwencją tamtego wyroku była ugoda zawarta pomiędzy stronami w listopadzie 2019 r. Na jej mocy pod koniec 2019 r. Skarb Państwa za pośrednictwem chorzowskiego samorządu - na terenie którego znajdowała się hala - wypłacił poszkodowanym osobom łącznie ponad 15 mln zł. Zgodnie z postanowieniami ugody, poszkodowani zostali podzieleni na dwie grupy. Pierwsza – małżonkowie, rodzice i dzieci ofiar – otrzymali po 125 tys. zł zadośćuczynienia i 75 tys. zł odszkodowania. W drugiej grupie znalazło się rodzeństwo zmarłych w katastrofie. Wypłacono im po 25 tys. zł zadośćuczynienia i 25 tys. zł odszkodowania.
W 2020 r. w katowickim sądzie złożono kolejny pozew grupowy - tym razem obejmujący 114 bliskich śmiertelnych ofiar katastrofy. To osoby, które albo nie wiedziały, że toczyła się wcześniejsza sprawa, albo z innych przyczyn nie wzięły w niej udziału. Następnie zawierały one ugody ze Skarbem Państwa, uzyskując takie same kwoty zadośćuczynień i odszkodowań jak poszkodowani, którzy przystąpili do pierwszego pozwu.
Autorka/Autor: bp/PKoz
Źródło: PAP, TVN24
Źródło zdjęcia głównego: TVN24