- System ochrony zdrowia działa jak rywalizujące silosy. Ekspertka tłumaczy, co to oznacza w praktyce.
- W Polsce przypada 3,9 lekarza na 1000 mieszkańców, czyli tyle, ile wynosi średnia dla krajów rozwiniętych. Brak lekarzy to mit?
- Według ekonomistki system premiuje marżę, nie potrzeby pacjentów. Czy więcej pieniędzy naprawi źle ustawioną strukturę?
- Więcej artykułów o podobnej tematyce znajdziesz w zakładce "Zdrowie" w tvn24.pl.
Problemy ochrony zdrowia w Polsce nie sprowadzają się już tylko do pytania, ile pieniędzy trafia do systemu. Równie ważne jest to, jak ten system jest zorganizowany: czy prowadzi pacjenta przez kolejne etapy leczenia, czy raczej przerzuca go między instytucjami, procedurami i grupami zawodowymi, które coraz częściej działają osobno zamiast razem. To jedna z głównych diagnoz, które stawia Anna Gołębicka, ekonomistka, strateżka i członkini Rady NFZ.
System podzielony na silosy
Głównym problemem, na który zwraca uwagę Gołębicka, jest brak współpracy między kolejnymi poziomami leczenia. Podstawowa opieka zdrowotna (POZ), ambulatoryjna opieka specjalistyczna (AOS) i szpitale powinny tworzyć jedną ścieżkę pacjenta. W praktyce często działają jak osobne światy, z własnymi interesami, ograniczeniami i logiką finansowania. - Polski system ochrony zdrowia nie działa dziś jak jeden organizm, lecz jak zbiór rywalizujących ze sobą segmentów - mówi Gołębicka.
Najbardziej odczuwa to pacjent, którego leczenie zamiast toczyć się płynnie, urywa się na kolejnych etapach. Szpitale wysokospecjalistyczne nie zawsze mogą przekazać chorego do placówki o niższym stopniu referencyjności, bo ta nie ma ekonomicznego interesu, by go przejąć. W efekcie - jak mówi ekspertka - pacjent staje się w systemie "czymś w rodzaju kuli bilardowej": odbija się od kolejnych ścian i z trudem trafia na ścieżkę rzeczywiście kompleksowego leczenia.
Tę izolację pogłębiają mechanizmy finansowania. Przez lata system kapitacyjny w POZ, czyli płatność za zapisanego pacjenta, sprzyjał ograniczaniu kosztów i przekazywaniu trudniejszych przypadków dalej. W ambulatoryjnej opiece specjalistycznej niskie wyceny świadczeń sprawiały z kolei, że bardziej opłacało się przyjmować pacjentów stabilnych, niż angażować w pracochłonną diagnostykę nowych zachorowań.
"Medyczne plemiona" i walka o zasoby
W takim systemie kolejne grupy zawodowe i instytucje zaczynają bronić przede wszystkim własnego miejsca. O kontrakty, wyceny, zakres kompetencji i bezpieczeństwo finansowe rywalizują lekarze różnych szczebli, sektor publiczny i prywatny, administracja i medycy. - To są trochę takie medyczne plemiona - mówi Gołębicka. Każde z nich przychodzi z własnym rachunkiem krzywd i przekonaniem, że to ono zostało w systemie potraktowane niesprawiedliwie.
Problem w tym, że ten rachunek coraz częściej przesłania pacjenta. Energia, która mogłaby iść w organizowanie leczenia, rozchodzi się na wewnętrzne spory, obronę interesów i kolejne próby przetrwania w źle ustawionych regułach. - Cały system zaczyna przypominać organizm dotknięty chorobą autoimmunologiczną - jego komórki walczą same ze sobą, zamiast skupić się na pacjencie - zaznacza członkini Rady NFZ.
Według Gołębickiej odpowiedzią państwa zbyt często jest dziś dokładanie kolejnych przepisów do i tak przeciążonej konstrukcji. Zamiast zmienić mechanizm, który produkuje konflikty, system jest punktowo łatany i coraz mocniej regulowany. W efekcie - jak mówi ekspertka - "dusi się własnymi regulacjami".
Brak lekarzy to mit? Większy kryzys jest gdzie indziej
W publicznej debacie najczęściej wraca pytanie o niedobór lekarzy. Gołębicka zwraca jednak uwagę, że same liczby pokazują bardziej złożony obraz. Z raportu OECD z 2025 roku, obejmującego dane za 2023 rok, wynika, że w Polsce przypada 3,9 lekarza na 1000 mieszkańców, czyli tyle, ile wynosi średnia dla krajów rozwiniętych. W ostatniej dekadzie wzrosła też liczba studentów medycyny - z sześciu do ponad dziesięciu tysięcy rocznie.
Problemem nie jest więc wyłącznie liczba osób z dyplomem lekarza, ale to, jak system wykorzystuje ich czas. - Ogromna część pracy medyków jest dziś marnowana na biurokrację, chaos organizacyjny i wykonywanie czynności, które mogłyby zostać oddelegowane asystentom albo systemom cyfrowym i AI - wskazuje ekonomistka.
Znacznie poważniejszy kryzys widać w pielęgniarstwie i położnictwie. Choć pod koniec 2025 roku zarejestrowanych było 377 301 pielęgniarek, realnie w zawodzie pracowało około 243,5 tysiąca. Do tego dochodzi struktura wieku: średnia wieku pielęgniarki wynosi 55,15 lat, a położnej 52,24 lata. O tym problemie mówili w poniedziałek na konferencji prasowej przedstawiciele Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Pielęgniarek i Położonych.
To oznacza, że przy niedoborze kadr na samym fundamencie systemu trudno budować model opieki oparty głównie na pielęgniarkach. Jak ostrzega Gołębicka, taka "pielęgniarkocentryczna" organizacja może okazać się niewykonalna, jeśli fizycznie zabraknie osób do wykonywania podstawowych zadań. Dlatego - jak podkreśla - "system musi być oparty na współpracy zespołowej, a nie na rywalizacji grup zawodowych".
System premiuje marżę, nie potrzeby pacjentów
Napięcia widać także w wynagrodzeniach i wycenach świadczeń. Ustawa o minimalnych płacach w ochronie zdrowia miała gwarantować bezpieczny poziom wynagrodzeń, ale w praktyce - jak wynika z diagnozy Gołębickiej - w wielu miejscach pogłębiła dysproporcje. Duże znaczenie mają tu wyceny procedur przygotowywane przez AOTMiT. Jeśli dana procedura jest wysoko wyceniona, lekarz pracujący na kontrakcie procentowym może po każdej waloryzacji zarabiać dziesiątki tysięcy złotych więcej. Jednocześnie specjalizacje kluczowe dla starzejącego się społeczeństwa - geriatria, interna czy psychiatria - pozostają niedofinansowane i mają problem z obsadą.
Ten sam mechanizm widać w organizacji opieki. Polska ochrona zdrowia wciąż jest zbyt mocno oparta na szpitalach: ma - jak wskazuje Gołębicka - za dużo łóżek do krótkich pobytów, a za mało miejsc w opiece długoterminowej, domowej i środowiskowej. Tymczasem coraz więcej chorób można leczyć poza szpitalem, bliżej miejsca zamieszkania pacjenta.
W efekcie system premiuje nie zawsze to, co jest najbardziej potrzebne pacjentom i zdrowiu publicznemu, lecz to, co przynosi placówce najwyższą marżę albo utrwala istniejącą strukturę. Gołębicka podkreśla, że samo "dosypywanie pieniędzy" do źle zaprojektowanego systemu nie rozwiąże problemu. Może jedynie utrwalić błędy, za które pacjenci i tak często płacą podwójnie: raz w składce, drugi raz w prywatnym gabinecie.
Cyfryzacja na "dzikim zachodzie"
Jednym z niewielu obszarów, w których widać realną szansę na uporządkowanie systemu, jest cyfryzacja. Nie chodzi jednak tylko o kolejne aplikacje czy elektroniczne formularze, ale o zmianę sposobu zarządzania pacjentem. Dobrze zaprojektowane narzędzia mogłyby uporządkować kolejki tak, by chory widział swoją rzeczywistą pozycję, wiedział, na jakim jest etapie leczenia i czego może się spodziewać.
Znaczenie może mieć także sztuczna inteligencja: w triażu pacjentów, analizie wyników badań, wychwytywaniu interakcji leków czy odciążaniu personelu z części powtarzalnych zadań. Cyfryzacja nie zastąpi lekarza ani pielęgniarki, ale może zdjąć z nich część chaosu, który dziś zabiera czas i energię.
Równie ważna jest komunikacja. - Pacjent musi zacząć być traktowany jak klient. Medycyna to nie tylko leczenie, ale także obsługiwanie człowieka - zauważa Gołębicka. Brak jasnych informacji o tym, co dzieje się z pacjentem i co będzie dalej, budzi lęk, a ten często prowadzi do kolejnych, nie zawsze koniecznych wizyt. Bez odbudowy zaufania nawet najlepsze narzędzia nie wystarczą. - Mam wrażenie, że jesteśmy na bardzo niebezpiecznej ścieżce, ten system przypomina "dziki zachód", gdzie wszyscy walczą ze wszystkimi i nikt nikomu nie ufa - podsumowuje członkini Rady NFZ.