Dowódca irańskiej armii: jesteśmy gotowi do interwencji

TVN24


Choć irańska policja zdławiła już antyrządowe protesty, to jeśli będzie to koniecznie, wojsko jest gotowe interweniować - zapowiedział dowódca irańskiej armii Abdulrahim Musawi. W kraju trwają też manifestacje poparcia dla władz.

- Chociaż ten ślepy bunt był tak mały, że niewielka część policji była w stanie zdusić go w zarodku (...), możecie być pewni, że wasi towarzysze z armii Islamskiej Republiki będą gotowi stawić czoło naiwniakom Wielkiego Szatana (USA - red.) - cytują generała Musawiego państwowe media.

Agencja Reutera pisze jednak, że wielkość kraju, a także ograniczenia nałożone na niezależne media, utrudniają określenie skali protestów.

Instagram bez blokady

Tymczasem Agencja prasowa ILNA podała, że w czwartek władze zdjęły restrykcje z Instagrama, jednego z serwisów społecznościowych wykorzystywanych do mobilizowania demonstrantów. Jednak dostęp do szerzej wykorzystywanej aplikacji Telegram, która służy do komunikacji, nadal jest zablokowany. Według Reutera sugeruje to, że władze wciąż obawiają się protestów.

Na pojawiających się w mediach społecznościowych nagraniach wideo widać, jak demonstranci w Chorramabad w południowo-zachodnim Iranie w środę wieczorem obrzucają policję kamieniami, a funkcjonariusze się wycofują.

Inny film przedstawia setki ludzi na ulicach Urmii przy granicy z Turcją, wykrzykujących antyrządowe slogany.

Gwardziści na terenach, gdzie zginęło najwięcej ludzi

Studencka agencja ISNA cytuje ministra spraw wewnętrznych Abdulrezę Rahmaniego Fazlego, który przekazał, że "maksymalnie 42 tysiące ludzi wzięły udział w protestach", co - jak mówi - jest niewielką liczbą, biorąc pod uwagę fakt, że Iran ma 80 milionów obywateli.

Jeszcze w środę dowódca elitarnej Gwardii Rewolucyjnej generał Mohammad Ali Dżafari zapewniał, że "liczba sprawców kłopotów nie przekroczyła 15 tysięcy w całym kraju".

Po sześciu dniach demonstracji Dżafari przyznał również, że wysłał swoje siły do ostanów (prowincji) Isfahan, Lorestan i Hamadan, by zdławić demonstracje. To w tych regionach zginęła większość ofiar. Według Reutera była to oznaka tego, że władze poważnie podchodzą do protestów. Gwardia Rewolucyjna znacznie przyczyniła się do zdławienia rewolty z 2009 roku, podczas której zginęły dziesiątki demonstrantów.

"Nikomu już nie ufam"

Protesty przetaczały się głównie przez mniejsze miasta i miejscowości, a ich uczestnicy twierdzą, że są już zmęczeni oficjalną, antyzachodnią retoryką oraz że przywódca duchowo-polityczny Iranu ajatollah Ali Chamenei oraz prezydent Hasan Rowhani powinni odejść.

- Głosowałam na (Mohammada) Chatamiego i Rowhaniego, licząc na zmianę, na wolność, na to, że będę mogła żyć jak normalny człowiek. Ale nic się nie zmieniło - powiedziała 48-letnia Marjam Azemi z miasta Karadż pod Teheranem, cytowana przez Reutera.

- Nikomu już nie ufam. Tak długo czekaliśmy w tym kraju na zmianę. Próbowaliśmy dokonać tych zmian w pokojowy sposób, na przykład głosując, ale proszę na nas teraz spojrzeć. Urzędnicy ścigają się między sobą, by nas okraść - dodała.

"Nie jestem wrogiem. Jestem Irańczykiem"

Demonstracje, które według Reutera wydają się spontaniczne i pozbawione liderów, rozpoczęły się w 28 grudnia 2017 roku w drugim co do wielkości mieście Iranu, Meszhedzie, na północnym wschodzie kraju. Protestowano przeciwko wysokiemu bezrobociu wśród młodych, korupcji i wysokim kosztom życia. Z czasem demonstracje nabrały charakteru antyrządowego. Zginęło w nich co najmniej 21 osób, a kilkaset zostało zatrzymanych.

Protesty przyciągały młodych ludzi i robotników, ale po pewnym czasie zaczęli w nich brać udział także członkowie wyedukowanej klasy średniej, która stanowiła trzon "zielonej" rewolty z 2009 roku. Ogarnęła ona kraj po kontrowersyjnych wyborach prezydenckich, gdy zwyciężył nielubiany, ultrakonserwatywny Mahmud Ahmadineżad.

Według Reutera, niewiele osób wierzy, że protesty stanowią zagrożenie dla wyższego duchowieństwa, popieranego przez służby bezpieczeństwa, które dominuje w Iranie od rewolucji islamskiej z 1979 roku. Niemniej protestujący coraz śmielej krytykują Chameneia, który o wywołanie demonstracji oskarża "buntowników" i zagranicznych agentów.

- Nie chcę szkodzić krajowi, ale gdy widzę, że ci, którzy kierują tym krajem, są tak skorumpowani, to czuję, jakbym się dusił. Oni tylko gadają. O wszystko oskarżają "wrogów" - powiedział w rozmowie telefonicznej z agencją Reutera 43-letni Reza, który protestował w Isfahanie w środkowej części kraju. - Nie jestem wrogiem. Jestem Irańczykiem. Kocham mój kraj. Przestańcie kraść moje pieniądze, pieniądze moich dzieci - dodał.

W telewizji demonstracje prorządowe

W czwartek państwowa telewizja transmitowała na żywo relacje z prorządowych manifestacji, w tym z Ghaemszahr na północy i Meszhedu na północnym wschodzie, a także z Szahinszahr w środkowej części kraju. Uczestnicy tych zgromadzeń nieśli transparenty z napisami: "Nie dla zamieszek" i "Śmierć dla buntowników", a także portrety Chameneia.

Państwowe media podały, że trzech członków sił bezpieczeństwa zginęło w środę przy granicy z Irakiem podczas starć, które doprowadziły do rozbicia grupy "kontrrewolucjonistów". Grupa ta planowała eksplozje i chciała wywołać niepokoje. Resort bezpieczeństwa wewnętrznego i służb specjalnych przekazał, że zginęło kilku terrorystów, a jeden został zatrzymany. W rejonie, w którym doszło do incydentu, działają kurdyjscy rebelianci.

Autor: pk/adso / Źródło: PAP