Sąd Okręgowy w Koszalinie zasądził 500 tysięcy złotych odszkodowania i niecałe dwa tysiące złotych renty dla pana Marcina, który poślizgnął się na peronie, wpadł pod pociąg i stracił nogę. Do wypadku doszło w grudniu 2013 roku, kiedy 31-letni wówczas pan Marcin wysiadał z pociągu na oblodzonym i nieoświetlonym peronie kolejowym w Świdwinie. Upadł tak nieszczęśliwie, że odjeżdżający skład uciął mu nogę. Pociąg zatrzymał się dopiero po kilkudziesięciu kilometrach.
Pan Marcin nie był obecny w sądzie podczas ogłoszenia wyroku. Jego sądowa batalia trwała od 2015 roku. Po wypadku prokuratora umorzyła postępowanie ze względu na nieustalenie osoby odpowiedzialnej za zaniedbania, które doprowadziły do wypadku. W związku z tym żadna ze spółek PKP nie poczuwała się do wypłaty odszkodowania.
Mężczyzna rozpoczął więc batalię sądową o odszkodowanie, które pozwoliłoby mu m.in. na zakup protezy. Pan Marcin ma nogę amputowaną powyżej kolana. Proteza refundowana przez państwo nie wystarcza, by normalnie funkcjonować.
W czwartek sąd ogłosił wyrok. Sędzia Piotr Walenciak zasądził odszkodowanie w wysokości 500 tysięcy złotych (plus dodatkowo odsetki), 54 tysiące złotych z powodu kosztów leczenia oraz 35 tysięcy złotych renty. Do tego pan Marcin będzie otrzymywał comiesięczną rentę w wysokości 1908 złotych.
- Mężczyzna ma nową partnerkę, załatwił sobie protezę, pomaga matce, jeździ samochodem, jest aktywny, więc poradził sobie z tą sytuacją. Pół miliona odszkodowania zostało przyznane z racji trwałego uszczerbku na zdrowiu, jest to adekwatna kwota - uargumentował.
Kamil Szyposzyński, radca prawny i pełnomocnik poszkodowanego, przyznał, że wyrok sądu jest dla strony mocno kontrowersyjny. - Po 10 latach procesu spodziewaliśmy się innego rozstrzygnięcia. Sąd, uzasadniając poszczególne kwoty, uzasadnił to, twierdząc, że takie są dowody. Musimy teraz zapoznać się na sucho z treścią tego uzasadnienia - przyznał.
Elżbieta Kozłowska, radca prawny i pełnomocnik poszkodowanego, powiedziała, że jej zdaniem każda osoba w takim wieku byłaby zdruzgotana takim zdarzeniem. - To wpływa na całe życie, całą przyszłość, kwestię budowy własnego domu czy rozwoju działalności gospodarczej - powiedziała. - W naszej ocenie nie można mówić, że osoba, która przez pół roku prowadziła działalność gospodarczą, po 10 latach byłaby w tym samym miejscu - dodała.
Pełnomocnicy nie wykluczają złożenia apelacji. Wyrok jest nieprawomocny.
DOWIEDZ SIĘ WIĘCEJ:
Tragedia na peronie
Mężczyzna 7 grudnia 2013 r. wracał z podróży służbowej w Niemczech. Wtedy nad Polskę nadciągnął orkan Ksawery. Trakcje kolejowe były oblodzone, pociągi miały opóźnienia. Pociąg miał być w Świdwinie o 21.50, dojechał jednak dopiero o północy. Z akt śledztwa wynika, że pracownicy kolei się spieszyli, bo pociąg już bardzo opóźniony.
Podczas wysiadania z pociągu w Świdwinie mężczyzna poślizgnął się na nieodśnieżonym i nieoświetlonym peronie. Upadł tak nieszczęśliwie, że odjeżdżający pociąg uciął mu nogę. Pomimo krzyków pasażerów maszynista zatrzymał się dopiero po kilkudziesięciu kilometrach - w Białogardzie.
Mężczyzna wysiadał z ostatniego wagonu. Na końcu tego pociągu na peronie nie było nikogo z obsługi. Po wypadku pan Marcin był bardzo aktywny sportowo, grał w ampfutbol. Jednak z powodu braku środków finansowych musiał zrezygnować z tej aktywności.
Autorka/Autor: bż,mr/gp,tok
Źródło: tvn24.pl
Źródło zdjęcia głównego: tvn24