Sobota, początek marca, Krakowskie Przedmieście. Ekipa z irańskimi flagami. Gdy zaczyna je rozwijać, widać, że w miejscu czerwonego godła Islamskiej Republiki Iranu widnieje złoty lew z mieczem na tle wschodzącego słońca. Flaga, która obowiązywała przed islamską rewolucją, dziś jest symbolem oporu wobec reżimu, który - jak mają nadzieję - upadnie.
Zebrani puszczają muzyczny kawałek z remiksem słów Trumpa: "Ajatollah Chamenei is dead". Zaczynają tańczyć. Jedna z dziewczyn rozrzuca kwiaty.
Raana krząta się wśród uczestników, rozmawia z policją. Za chwilę sięgnie po mikrofon i powita zebranych. - Być może ludzie oczekują, że powiem, że jestem smutna, zdruzgotana, ale prawda jest inna. Odczuwam równocześnie niepokój i nadzieję. Wojna pozostawia głębokie blizny na moim kraju, jednak po 47 latach, w czasie których protestujący byli rozstrzeliwani na ulicach, więźniów tracono, a niezliczone ofiary chowano w masowych grobach, nie boimy się wojny - tłumaczy.
Mówi jeszcze chwilę, ale potem prosi, żeby potrzymać jej telefon.
10-latka wchodzi do brzydkiego świata
Kilka dni później widzimy się w jej domu. Wtedy przyznaje, że musiała go oddać, bo z emocji drżała jej ręka i nie mogła czytać z ekranu.
- Musiałabym być naiwna, żeby pomyśleć, że Trumpowi i Netanjahu zależy na Irańczykach, ale gdyby efektem ubocznym ich działań miała być zmiana reżimu, to byłaby moja wojna - opowiada.
Raana zaczyna każdy dzień od sprawdzania informacji o sytuacji w Iranie. Dziś obudziła się z bólem głowy. Analizuje kolejne słowa Trumpa, które witają ją w telefonie po nocy. Co tym razem mogą oznaczać?
Niepokoi ją też groźba reżimu w Teheranie, wedle której Irańczycy manifestujący za granicą stracą swoje majątki w kraju. A jeśli będą chcieli wrócić do Iranu, czeka ich tam egzekucja - czyta.
- To znaczy, że trochę się ogarnęli, że ktoś zdążył w całym tym chaosie o tym pomyśleć - martwi się, choć bardziej tym, że reżim się trzyma niż rodzinnym majątkiem.
Pierwszy raz gniew fundamentalizmu odczuła na własnej skórze, gdy miała 10 lat. Pojechała z mamą do parku rozrywki.
Pamięta tę ekscytację: wybieranie atrakcji, karuzele, zjeżdżalnie. Dopóki nie podeszły trzy kobiety w czadorach. Były bardzo nieprzyjemne. Miały pretensje do matki, że nie założyła córce chusty. Raana była dość wysoką dziewczynką jak na swój wiek. "Przecież to jeszcze dziecko" - broniła jej matka.
- I cała ta moja dziecięca radość opadła na ziemię jak balonik pozbawiony powietrza. Pomyślałam wtedy, że kurczę, ja też już weszłam do tego brzydkiego świata - wspomina.
Z powodu wzrostu miała więcej nieprzyjemnych sytuacji.
Ojciec był dość niski, więc w czasie spacerów z córką zdarzało się, że podchodzili do nich strażnicy Korpusu Rewolucji Islamskiej i pytali, kim jest dla tej dziewczyny, że tak chodzą sobie po parku.
- Tata mówił: "Słucham?! To jest moja córka!". Ale i tak musiał pokazać dokumenty, żeby to udowodnić - wspomina.
Kiedy teraz Raana ogląda zdjęcia z kraju i widzi kobiety siedzące w kawiarniach bez hidżabu, jest zdziwiona. Nawet jej mama przestała go nosić. Niedawno, latem, wiatr zerwał jej delikatną chustę. Poczuła taką radość, że po nią nie poszła. Cały dzień chodziła z odkrytą głową.
- Jak wygląda codzienne życie pod rządami ajatollahów w Iranie?
- Co sądzą irańscy uchodźcy o roli Zachodu w konflikcie z reżimem w Teheranie?
- Dlaczego śmierć ajatollaha Chameneiego budzi wśród Irańczyków nadzieję?