Kończy się proces Marine Le Pen. Co ją czeka

Le Pen
Marine Le Pen skazana na karę więzienia i pozbawiona możliwości startu w wyborach prezydenckich
Źródło: Monika Krajewska/Fakty TVN
Skazana za defraudację środków publicznych Marine Le Pen odwołała się od wyroku pierwszej instancji. Jutro zakończy się postępowanie apelacyjne. Prokuratura wnioskuje o karę czterech lat więzienia i pięcioletni zakaz ubiegania się o funkcje publiczne, Le Pen "wierzy w cud". Jakie scenariusze są teraz możliwe?

Przed sądem apelacyjnym w Paryżu dobiega końca proces Marine Le Pen, dotyczący fikcyjnych umów dla asystentów posłów jej partii w Parlamencie Europejskim. Wyrok zapadnie w lipcu. Ocenia się, że zadecyduje on o politycznej przyszłości liderki francuskiej skrajnej prawicy.

Podczas mów końcowych obrońcy Le Pen, Rodolphe Bosselut i Sandra Chirac-Kollarik, podkreślali "brak zamiaru" popełnienia przestępstwa przez ich klientkę, co ona sama twierdziła od początku postępowania. Podczas apelacji Marine Le Pen zakwestionowała też istnienie w jej partii Zjednoczenie Narodowe (RN) "systemu" defraudacji funduszy publicznych.

Le Pen skazana w pierwszej instancji

W marcu 2025 r. Le Pen została skazana na cztery lata więzienia, w tym dwa w zawieszeniu, przez sąd pierwszej instancji za defraudację środków publicznych. Dodatkowo sąd orzekł wobec niej pięcioletni zakaz ubiegania się o funkcje publiczne. Gdyby sąd apelacyjny potwierdził taki zakaz - czego zażądała prokuratura - Le Pen nie mogłaby startować w wyborach prezydenckich wiosną 2027 r.

Sąd, który wyda wyrok 7 lipca, nie musi kierować się żądaniami prokuratury i teoretycznie mógłby uniewinnić Le Pen. Polityczka powiedziała na początku procesu, że jako osoba wierząca "zawsze wierzy w cud". Scenariusz ten wydaje się jednak mało prawdopodobny. Sąd niższej instancji uznał, że zatrudnianie asystentów, którzy zamiast pomagać europosłom skrajnej prawicy w ich pracy w PE wykonywali zadania dla partii, stanowiło cały "system". Przed sądem apelacyjnym oskarżyciele argumentowali, że podpis Le Pen - z wykształcenia prawniczki - widnieje na umowach.

Co dalej z Le Pen? Dwa scenariusze

Uważa się, że w najgorszym dla Le Pen scenariuszu, jakim jest zgoda na żądania prokuratury, polityczka otrzymałaby karę czterech lat więzienia, w tym trzech w zawieszeniu. Przez pozostały rok podlegałaby systemowi dozoru elektronicznego.

Pięcioletni zakaz udziału w wyborach - gdyby sąd go orzekł - wykluczyłby start Le Pen w wyborach prezydenckich. Mogłaby ona jeszcze odwoływać się od wyroku, składając skargę do Sądu Kasacyjnego - i ten zapowiedział już, że rozpatrzyłby skargę przed wyborami. Ostatnio Le Pen zapowiadała jednak, że decyzję o kandydowaniu podejmie po wyroku (a więc po 7 lipca), bez czekania na wynik sprawy w Sądzie Kasacyjnym.

Bardziej korzystny dla liderki skrajnej prawicy scenariusz przewiduje, że sąd apelacyjny orzeknie karę znacznie niższą - nie skaże jej na więzienie, a zakaz ubiegania się o funkcje publiczne wyniesie dwa lata. Wówczas start w wyborach byłby możliwy. Sankcja obowiązuje bowiem od wyroku sądu pierwszej instancji, czyli od 31 marca 2025 r., a wybory prezydenckie odbędą się między kwietniem i majem 2027 r. Pytanie, czy z bransoletką elektroniczną Marine Le Pen mogłaby prowadzić kampanię. Polityczka musiałaby być w wyznaczonych godzinach w domu i zapewne byłaby poddana ograniczeniom, jeśli chodzi o podróże.

Jeśli nie Le Pen, to kto

Od pierwszego wyroku przed partią Le Pen, Zjednoczeniem Narodowym (RN), rysuje się perspektywa wysunięcia na wybory innego kandydata - Jordana Bardelli, który jest przewodniczącym partii. Na jego korzyść przemawiają sondaże, w których wyprzedza on nieco pod względem popularności Le Pen.

Jak zauważył w środę dziennik "Liberation", proces Le Pen jest momentem, gdy może rozstrzygnąć się kwestia przejęcia pałeczki w Zjednoczeniu Narodowym przez młodego współpracownika Le Pen.

Jordan Bardella
Jordan Bardella
Źródło: PAP/EPA/CHRISTOPHE PETIT TESSON

Byłoby to jednak wyłomem w dziejach skrajnej prawicy, ponieważ partia Le Pen - dawniej nosząca nazwę Front Narodowy - zawsze uważana była za przedsięwzięcie rodzinne, od jej założenia w 1972 r. przez Jean-Marie Le Pena, ojca Marine. Nigdy polityk spoza tej rodziny nie był kandydatem partii w wyborach prezydenckich. Do rodziny Le Penów należy z kolei inna, obok Bardelli, polityczka młodego pokolenia - Marion Marechal, prywatnie siostrzenica Marine Le Pen. Formalnie nie należy ona do Zjednoczenia Narodowego i założyła własną partię.

Marine Le Pen startowała w wyborach trzykrotnie: w 2012, 2017 i 2022 r. Za jej dorobek uważa się długoletni proces "dediabolizacji" czy "oddemonizowania" skrajnej prawicy, która dziś plasuje się wysoko w sondażach. W 2022 r. Le Pen w pierwszej turze wyborów prezydenckich uzyskała 23 proc. głosów, natomiast w drugiej przegrała z obecnym prezydentem Emmanuelem Macronem, uzyskując jednak ponad 40 proc. głosów.

Czytaj także: