Premium

Katastrofa, o której nie wolno było mówić

Zdjęcie: Filip Czekała, CYRYL (zdjęcie ilustracyjne)

Dostępu do mostu broniły milicja i wojsko. W dole leżał trolejbus, wbity przodem w brzeg rzeki Cybiny. Ci, którzy pobiegli i zobaczyli, wiedzieli, co się wydarzyło. Pozostałym zostały tylko domysły i krótkie wzmianki w prasie. Bo największą od lat katastrofę opisano zaledwie w kilku zdaniach.

Sobota 2 lutego 1952 roku była jeszcze w miarę słoneczna. Temperatura powyżej zera powodowała, że śnieg w mieście topniał. Biały puch pokrywający ulice, chodniki i dachy domów zamieniał się w bajora, które w nocy zaczęły zamarzać.

Niedzielny poranek powitał budzących się mieszkańców Poznania chłodną mżawką. Dozorcy domów wyszli na chodniki i posypywali je piaskiem.

Stefan Stuligrosz, dyrygent chóru Poznańskie Słowiki, szedł ulicą Mostową, do parafii Wszystkich Świętych, gdzie podczas mszy miał śpiewać jego zespół. Chcieli wykonać palestrinowską "Missa Brevis". Do tego musiał mieć jednak odpowiednią obsadę. A pogoda tego dnia nie była ku temu sprzymierzeńcem.

Zakole chwaliszewskie Warty, po lewej kościół Wszystkich Świętych na GrobliARCHIWUM JANA KURKA / CYRYL

Chórzyści jednak go nie zawiedli. Przybyli z wszystkich stron miasta, także z Głównej, Śródki i Zawad na prawym brzegu Warty, skąd droga była najtrudniejsza - musieli dotrzeć przez drewniany most Cybiński. W tych dzielnicach, znajdujących się najbliżej katedry, mieszkała duża część zespołu. Nieprzypadkowo, bo zespół kontynuował tradycje przedwojennego chóru katedralnego księdza Wacława Gieburowskiego.

Czytaj bez ograniczeń

premium

Uzyskaj dostęp do tego artykułu i innych treści specjalnych. Za darmo