Premium

Martwi zawsze coś mówią

Zdjęcie: Public Domain/poliziadistato.it

Vincenzo dotknął swojego serdecznego palca i spojrzał na ojca, jakby pytając o obrączkę. Paolo odpowiedział mu wtedy, używając obu dłoni: najpierw przesunął nimi po bokach głowy, zaczesując włosy do tyłu. Później delikatnie klepnął się po policzkach i na koniec zaczął kręcić rękoma przed sobą, jakby prowadził auto. Nie wymienili ani słowa. A kodu, którym porozumieli się dwaj oskarżeni, nie zrozumiał nikt z zebranych tego dnia w sądzie. Rozszyfrowano go dopiero dobę później, po złapaniu polskiego imigranta, który taszczył za sobą worek ze zmasakrowanymi zwłokami.

Paolo i Vincenzo Di Lauro, bossowie włoskiej Camorry, nie widzieli się wtedy od trzech lat. Spotkali się w 2005 roku w neapolitańskim sądzie, gdzie odpowiadali za kierowanie organizacją przestępczą. Najpierw wymienili spojrzenia - szklana szyba pancerna nie stanowiła żadnej przeszkody - a potem odegrali teatr gestów. 

Mogłoby się wydawać, że skoro Włosi są niepisanymi mistrzami świata w gestykulacji, śledczy, dziennikarze, świadkowie zebrani na sali numer 215 zrozumieją, o co chodziło w tej dziwnej rozmowie. Nic bardziej mylnego. Bo obok gestów powszechnie znanych i stosowanych na co dzień przez Włochów, są te zarezerwowane dla członków "zorganizowanych grup przestępczych", czytaj: mafiozów. Wymyślane na potrzeby sytuacji, zastrzeżone tylko dla wtajemniczonych, z zamkniętego kręgu.

Żeby się w nim znaleźć, należy przejść rytuał chrztu z nakłuwaniem palca i upuszczaniem krwi oraz paleniem świętego obrazka. Brzmi jak legenda, scena z filmu. Jednak, jak wynika z wiedzy naszych rozmówców, a przede wszystkim z relacji "skruszonych" bossów, którzy postanowili współpracować z prokuraturą, to prawda.

- Może mi pani nie wierzyć, ale to cały czas się dzieje. Do chrztu w Cosa Nostrze [w języku włoskim "Nasza Rzecz" - red.] używają najczęściej obrazka świętej Rity albo tego ze Zwiastowaniem Najświętszej Marii Panny. Potrzebują też kropli swojej krwi, więc nakłuwają palec prawej dłoni igłą. Ci z okolic Palermo robią to kolcem z krzewu sycylijskiej gorzkiej pomarańczy, a ci z centrum wyspy, skąd ja pochodzę, to megalomani, kłują się złotą szpilką - wyjaśnia mi Attilio Bolzoni, pisarz i dziennikarz, który zaczynał karierę w latach 80. jako sycylijski korespondent "La Repubbliki".

Życie pisze najlepsze scenariusze? Niekoniecznie. Mafiozi potrafią bezczelnie wzorować się na fikcyjnych postaciach z literatury czy filmów o... sobie. Bo o ile wspólnicy Tony'ego w jednej ze scen serialu "Rodzina Soprano" kroją ciało ich ofiary na kawałki piłą rzeźniczą i nie do końca jest to tylko fantazją reżysera - 6 stycznia tego roku jeden ze "skruszonych" mafiozów wyznał, że wie, co stało się z zaginioną trzy lata temu Marią Chindamo, przedsiębiorczynią z Kalabrii: "Została zabita, a jej ciało albo zmiażdżyli ciągnikiem, albo pocięli na kawałki i dali później do spożycia świniom", cytował go w styczniu dziennik "La Stampa" - o tyle już obcięcie głowy ukochanego konia i podrzucenie jej właścicielowi pod nos najpierw wydarzyło się w "Ojcu chrzestnym" Francisa Forda Coppoli.

Przykłady nieludzkiej brutalności włoskiej mafii można by mnożyć niemal w nieskończoność. I niemal w każdym okaleczeniu, zabójstwie - można doszukiwać się wiadomości.

"Masz wiadomość"

Czytaj bez ograniczeń

premium

Uzyskaj dostęp do tego artykułu i innych treści specjalnych. Za darmo