Premium

Lalka? Porozmawiajmy o Mariannie. I o tym, czym żony różniły się od pracownic seksualnych

Zdjęcie: Krytyka Polityczna

Dla kobiet przyjemność seksualna nie istniała. I był to już najwyższy czas, by z tym skończyć. O tym, jaką rolę odegrały XIX-wieczne pracownice seksualne, Justynie Sucheckiej przedpremierowo opowiada historyczka Alicja Urbanik-Kopeć, autorka książki "Chodzić i uśmiechać się wolno każdemu".

Pamiętacie "Lalkę" Bolesława Prusa? Kolejne pokolenia Polaków łamią sobie głowy nad tym, czy Wokulski był romantykiem, czy pozytywistą. A Izabela? Była próżną arystokratką czy jednak przede wszystkim nieszczęśliwą kobietą? Czasem jakiś nauczyciel prosi, by napisać rozprawkę o tym, czy można ją nazwać "lalką". A gdyby tak dla odmiany równie wiele uwagi poświęcić innej kobiecej postaci stworzonej przez Prusa...

Pamiętacie Mariannę? Możliwe, że w szkole nikt nawet nie zająknął się o losach tej dziewczyny. Nie dlatego, że Marianna była nieważna, ale ze względu na to, czym się zajmowała - i co łatwiej było przemilczeć niż przedyskutować. O XIX-wiecznych pracownicach seksualnych nie mieliśmy dotąd wiele do powiedzenia. Historyczka dr Alicja Urbanik-Kopeć postanowiła to zmienić i o dziewczynach podobnych do Marianny napisała książkę.

Zastanawiacie się może, po co nam wiedza o historii pracownic seksualnych sprzed ponad stu lat? Ja też się zastanawiałam i to było jedno z pierwszych pytań, które zadałam badaczce.

- To temat, w którym dobrze widać - oprócz informacji historycznych między innymi na temat systemów prawnych, policyjnych czy lekarskich - jak się wytwarzała i ukonstytuowała nowoczesna narracja o kobiecej seksualności - mówi mi Urbanik-Kopeć.

Fragment książki "Chodzić i uśmiechać się wolno każdemu"

- To wtedy kształtował się istotny nawet dziś podział na to, które kobiety są moralne, a które nie. Gdy czytamy prasę, dzienniki czy różne opracowania z tamtych czasów, myślimy: "och, jak daleko zaszliśmy, już tak nie jest, świat się zmienił". I to prawda - zmienił się - pytanie tylko, czy rzeczywiście tak bardzo. Wszak pewne dzisiejsze postawy i sposoby mówienia o seksualności, kobietach, pożądaniu czy o tym, że ludzie uprawiają seks w różnych konfiguracjach, biorą swój początek w XIX wieku i w tym, co wtedy uznano za normę lub jej brak - podkreśla historyczka.

Nie wierzycie? To wróćmy do Marianny.

Mogę pójść z panem

Powiedzieć, że Bolesław Prus nie był fanem dobroczynności, to niewiele powiedzieć. Na przykład w "Kurierze Codziennym", do którego pisywał, apelował, by zaprzestać dawania innym jałmużny.

Podobnym poglądem obdarzył swojego najsłynniejszego bohatera literackiego - Wokulskiego. Miłosierdzie, jego zdaniem, sprzyjało próżniactwu. Ale nie przez całą powieść tak było. Wokulski - oczywiście wiedziony ścieżkami, po których radośnie stąpała Izabela - postanowił spróbować dobroczynności. Podczas jednej z arystokratycznych kwest w kościele Świętego Krzyża spostrzegł zapłakaną dziewczynę. Aksamitny kaftanik, jaskrawy kapelusz, wyrazisty makijaż. Wokulski nie miał wątpliwości, że dziewczyna - właśnie nasza Marianna - jest pracownicą seksualną.

Fragment "Lalki" Bolesława Prusa

W słoneczny dzień Wokulski i dziewczyna nie mogli umknąć uwadze przechodniów. Nie brakowało znaczących spojrzeń. Wszyscy widzieli, z kim prowadzał się Stanisław. Para poszła do jego sklepu, do pokoju Rzeckiego, żeby.... nie, nie po to. Zapamiętalibyście to ze szkoły. Udali się tam, by przeprowadzić coś w rodzaju przesłuchania. Dziewczyna raczej go rozczarowała. "Marianna nie była ani wystarczająco skruszona, ani wystarczająco biedna, ani wystarczająco wdzięczna, by dobroczynność miała sens" - opisuje ją Urbanik-Kopeć w swojej książce.

A dziewczyn takich jak Marianna było w mieście - nie tylko tym powieściowym, ale i w prawdziwej Warszawie - tysiące. W 1882 roku zarejestrowanych w Warszawie pracownic seksualnych było 2416 (akcja "Lalki" rozgrywała się ledwie kilka lat wcześniej) i z pewnością - o tym za chwilę - to tylko ułamek prawdziwej liczby (w ówczesnej prasie pisano o nawet 50 tysiącach pracownic seksualnych w stolicy). Pewnym jest też, że ludzie pokroju Wokulskiego próbowali je nawracać. I nie zawsze odbywało się to w formie uprzejmych rozmów - ale o zamurowywaniu okien w specjalnych domach poprawczych dla kobiet i policji, stojącej na straży moralności, też jeszcze opowiemy. 

- "Lalka" to powieść o pieniądzach. W biznesie, ale i w miłości. Prus pokazuje, jakie były sposoby mówienia i myślenia o nich we wszystkich klasach społecznych - twierdzi Urbanik-Kopeć. A klasy będą kluczowe, by zrozumieć dobrze, na czym właściwie polegała praca seksualna w XIX wieku. I nie tylko ona, bo od czci i wiary odsądzano również kobiety, które nie zarabiały na ulicy, po prostu nie wpisywały się najlepiej w klasowy schemat.

Kobiety idą do miast

- Ówczesne społeczeństwo było głęboko klasowe. Przenieśmy się na chwilę do industrialnego miasta, które starałam się opisać, a więc przestrzeni, w której dochodzi do zwarcia między tymi klasami - snuje opowieść historyczka. - W tym mieście rodzi się klasa robotnicza, a rzesza ludzi migruje ze wsi i pierwszy raz na taką skalę są wśród nich kobiety. Tysiące kobiet, które muszą w tym mieście znaleźć miejsce do życia. Tworzy się też klasa średnia, czyli burżuazja i inteligencja miejska, przemysłowcy, przedsiębiorcy, kupcy, właściciele. A obok tego wszystkiego żyje jeszcze arystokracja, która w XIX wieku ma się całkiem dobrze - dodaje Urbanik-Kopeć.

Opisywany przez nią świat, szalenie szybko się zmienia, a ruchy emancypacyjne m.in. kobiet, chłopów czy Żydów, przybierają na sile. Kim w tym świecie były dziewczyny pokroju Marianny i dlaczego było ich tak wiele? - Zacznijmy od tego, że na dziewiętnastowiecznych ziemiach polskich praca seksualna była legalnym zawodem - zastrzega historyczka.

Kto go wykonywał? Z oficjalnych statystyk wynika, że głównie kobiety z proletariatu. - Miały specjalne książeczki służbowe, musiały regularnie przechodzić kontrole lekarskie. To był zawód reglamentowany i poddawany policyjnej kontroli. I oczywiście, że często warunki tej pracy były bardzo złe, ale to była praca - mówi historyczka.

Rozkaz dla pracownic seksualnychPolona

One, te zarejestrowane, stanowiły jednak tylko część tego "rynku". Trudniej zliczyć kobiety, które pracowały - jak to wtedy określano "pokątnie" - bez dokumentów. - Czasem nieoficjalne świadczenie usług seksualnych było dodatkowym źródłem dochodu kobiet pracujących w fabrykach, szwalniach i na służbie - tłumaczy Urbanik-Kopeć. I zaraz dodaje: - Jednocześnie posądzenie o sprzedawanie usług seksualnych stanowiło najgorszą możliwą obelgę. A w prasie pisano sporo o dziewczynach "utrzymujących się z własnych środków", sugerując, że ich oficjalna praca jest tylko przykrywką dla pracy seksualnej.

Urbanik-Kopeć wcześniej wydała dwie książki poświęcone XIX-wiecznym kobietom - o służących pisała w "Instrukcji nadużycia", a o robotnicach w "Anioł w domu, mrówka w fabryce". - Gdy pisałam tamte książki, temat pracy seksualnej, faktycznej lub domniemanej, pojawiał się nieustannie. Dlatego postanowiłam go zgłębić - tłumaczy.

Mocno zwichnięta równowaga

Urbanik-Kopeć najpierw przyjrzała się demografii w miastach Królestwa Polskiego. I to na poważnie. "Używana przez demografów miara zwana współczynnikiem feminizacji, czyli liczba kobiet przypadająca na 100 mężczyzn, może wahać się od równowagi do struktury anormalnej. Współczynnik wynoszący 100 to absolutna równowaga, wartości między 104 a 108 to zwichnięta równowaga, od 108 do 112 - mocno zwichnięta równowaga, a powyżej mamy do czynienia ze strukturą w najwyższym stopniu anormalną" - tłumaczy w książce.

I od razu odnosi to do miast na ziemiach polskich, gdzie współczynnik ten wynosił powyżej 106. Gdzieniegdzie znacznie powyżej: w Warszawie w 1872 roku zatrzymał się na poziomie 116, w Kaliszu - 123, w Suwałkach - 130. Współczynnik feminizacji w miastach rósł m.in. dlatego, że wieś wyludniała się z ludzi w wieku produkcyjnym, bo młodzi wyjeżdżali do pracy do miast.

"Mężczyźni i kobiety pracowali w fabrykach włókienniczych mniej więcej po równo, a feminizację zawyżała ogromna przewaga kobiet w pracy na służbie. Dysproporcja ta była tak wielka, że nie wyrównywały jej nawet wielotysięczne kontyngenty wojskowe stacjonujące wówczas w miastach. W Warszawie około roku 1890 na stałe mieszkało między 30 a 40 tysięcy żołnierzy, w trzech czwartych stanu wolnego". Równowaga nadal była "mocno zwichnięta".

Na taki układ sił nałożyło się coś jeszcze. - To w tym czasie pojawiają się pierwsze ruchy progresywne, które mówią: "Tak, teraz! Kobiety powinny mieć prawo do tego, co mają mężczyźni: edukacji, zarabiania pieniędzy, uczestniczenia w życiu politycznym, samostanowienia" - wraca do opowieści historyczka. - W odpowiedzi pojawia się więc reakcja ludzi, którzy mówią: "Świat się może i zmienia, ale w związku z tym my musimy trzymać się tradycyjnych wartości". Właśnie w tym zderzeniu wykształcać zaczęła się specyficzna mieszczańska moralność - opisuje.

Co oznacza? Mniej więcej taką narrację: świat na zewnątrz to nie nasza bajka, nie będziemy się nim zajmować, skupimy się na swojej rodzinie. W niej jest zaś mąż, który ma utrzymać żonę i dzieci. - I to on musi każdego dnia wychodzić i mierzyć się z tym nowym niebezpiecznym światem - przypomina Urbanik-Kopeć. I dodaje: - Radzi sobie z nim różnie, ale z pewnością nie brakuje mu powodów do stresu. Z jednej strony XIX wiek to czas wielkich fortun, ale z drugiej dużej destabilizacji finansowej i kryzysów, na przykład w latach 70. kryzysu rynków finansowych, który uderzył między innymi w przemysł włókienniczy.

I tu już wracamy do kobiet. Tych "moralnych" i "nie" - oczywiście według ówczesnego podziału świata, który niekoniecznie odpowiadał rzeczywistości. - Żeby temu mężczyźnie ułatwić życie w industrialnym mieście i wynagrodzić mu trudy, z którymi się mierzy, uznano, że kobieta ma wytwarzać ciepłe, bezpieczne ognisko domowe. Ma być: darmowa, pobożna, uległa, zainteresowana rodziną. Dbać o dobre wrażenie i atmosferę. - mówi historyczka. I dodaje: - Tak tworzy się iluzja, która nie działa najlepiej. Choćby dlatego, że ona to ognisko domowe buduje, ale rękoma innych kobiet - służących, potencjalnych kobiet upadłych.

- Ale przecież służące to nie pracownice seksualne, naprawdę można z góry uznać, że są niemoralne? - przerywam badaczce.

A ona tłumaczy: - By zostać uznaną za niemoralną wystarczyło w zasadzie to, że nie jest się z klasy średniej, z mieszczaństwa. Jeśli uznawano rodzinę mieszczańską i arystokrację za ostoję moralności i religijności, dobrego tonu, taką bezpieczną przystań, to wszyscy poza nią stanowili tego antytezę. Byli tą masą, która jest niemoralna, leniwa, agresywna, groźna. Niezdolna do pracy i współpracy.

Szybka, głośna, tańcząca

I tak dochodzimy do sedna: niemoralność kobieca w XIX wieku to był cały zestaw cech, który nie pasował do mieszczańskiej żony. To była kobieta, która pracowała poza domem, nie miała męża lub żyła w wolnym związku, sama się utrzymywała. I należała właśnie do klasy robotniczej. - Niemoralność tropiono i oskarżano o nią przede wszystkim kobiety z tej grupy, niezależnie od tego, jak one się naprawdę zachowywały. Służące, robotnice, szwaczki były pod ciągłą oceną - mówi Urbanik-Kopeć. - Stworzono cały katalog cech i zachowań. Kobieta niemoralna była gwałtowna. Szybko chodziła, głośno mówiła, nawiązywała znajomości, dawała się zaczepiać na ulicy, tańczyła, śpiewała, piła alkohol - wylicza.

Niekiedy, jak w tytule jej książki, wystarczyło, by kobieta się za dużo uśmiechała. Pamiętacie jeszcze o Bolesławie Prusie? Nie były mu potrzebne żadne dane i wyliczenia, by na łamach "Nowin" w 1883 roku pisać, że Warszawa to miasto szczególnie wyuzdane.

Bolesław Prus o Warszawie

Narracja o "charakterze prostytutek" to część sposobu mówienia o całym proletariacie jako o zdegenerowanej masie ludzi. Klasa średnia uważała, że prostytutki dziedziczą cechy swoich przodków, dlatego w ich rodzinach tropiono alkoholizm, histerię, schizofrenię czy choroby weneryczne. Były jakby odrębnym ludzkim gatunkiem. - Takim leniwym, głupim, który woli pracować seksualnie niż wziąć się do "normalnej", "porządnej" pracy - mówi Urbanik-Kopeć.

Niewielu stawało w obronie tych kobiet. Dwadzieścia lat po Prusie próbował między innymi Antoni Wysłouch. - To ówczesny zakonnik i społecznik, który właśnie napisał w jednej ze swoich broszur, że "chodzić i uśmiechać się wolno każdemu" - opowiada historyczka. - Z naciskiem na "jeszcze". Bo użył losu prostytutek w kontekście zaboru rosyjskiego, pytając czytelników: jak byście się czuli, gdyby władza zakazała wam nosić kolorowych kamizelek czy białych surdutów? Wszystko to w tonie: odczepcie się od tych dziewczyn. Bardzo postępowe, choć nie należy tego autora też gloryfikować, wszak ta jego książeczka nazywała się ostatecznie "Ohyda wieku". Niemniej to była przytomna odpowiedź - dodaje historyczka.

Antoni Wysłouch o pracownicach seksualnych

Swoją książkę nazwała właśnie "Chodzić i uśmiechać się wolno każdemu", bo ogromna część debaty publicznej skupiała się wówczas na tym, że te kobiety chodzą po ulicy i demoralizują dzieci. Kobiety pisały listy do gazet w tej sprawie, pytając, jak mają wytłumaczyć dzieciom, że "tacy" ludzie chodzą po ulicach. 

By pokonać mur

Wokulski chciał, by Marianna "z ulicy" trafiła do sióstr magdalenek, które mogłoby się zająć jej nawróceniem na właściwą drogę. W XIX wieku siostry zakonne, ale i strapione szlachcianki i mieszczanki (w ramach mody na dobroczynność, na którą załapał się nawet Wokulski) zakładały różnej maści domy poprawy. Pensjonariuszki znajdowały w takich miejscach "cichy kąt, troskliwą opiekę i pożyteczną pracę".

Ratunek i sielanka? Niekoniecznie. W swojej książce Urbanik-Kopeć pisze tak: "Być może celem domów poprawy, jak i całego systemu dobroczynności skierowanego do dziewczyn z klasy robotniczej było nie tyle zaproponowanie im opłacalnej i możliwej drogi zarabiania innej niż praca seksualna, ile raczej przymuszenie ich do przyjęcia tradycyjnej kulturowej roli kobiety, w kształcie powszechnym w klasie wyższej. A niepowodzenie w tym zadaniu można było zawsze zrzucić na niedostatki charakteru wybranych jednostek".

W pamięć szczególnie zapadła mi opisana przez Urbanik-Kopeć historia jednego z domów prowadzonych przez zakonnice. Przytłoczone ciężką pracą, z całkowicie ograniczoną prywatnością i poddane kościelnej indoktrynacji pensjonariuszki często próbowały uciekać z ośrodka, pokonując otaczający go mur. Jednak było to coraz trudniejsze.

Urbanik-Kopeć pisze tak:

Fragment książki Alicji Urbanik-Kopeć

I czy można się tu dziwić, że Marianna nie była specjalnie zachwycona pomocą, którą ofiarował jej Wokulski? 

Informacja o Domu schronienia św. Małgorzaty w dwutygodniku "Czystość"crispa.uw.edu.pl

Żona w gorsecie moralności

Ale bądźmy sprawiedliwi: mieszczańskie żony też nie miały łatwego życia. - Nałożono im sztywny gorset moralności. Miały być eteryczne, pozbawione seksualności i cielesności - o ile akurat nie rodziły dzieci, bo seks małżeński służył prokreacji. A to sprawiło, że jako odpowiedź siłą rzeczy musiały istnieć te inne kobiety - złożone z seksualności - tłumaczy Urbanik-Kopeć.

Historyczka przypomina, że już emancypantki zwracały uwagę na tę podwójną moralność. - W mieszczańskiej rodzinie, gdzie kobieta była ostoją czystości, uznawano, że mężczyzna może zaspokajać swoje potrzeby seksualne poza domem, korzystając z usług pracownic seksualnych. Do tego przymykano oko i uważano za normalne molestowanie służących, kobiet pracujących w barach i hotelach, szwaczek. Mężczyznom mówiono, że mają swoje potrzeby i mają prawo się wyszumieć - mówi historyczka.

Gdy zwracam uwagę, że taki język świetnie trzyma się również dziś, przytakuje. - W XIX wieku możemy szukać pierwowzorów slutshamingu - mówi. - Choć jestem zwolenniczką mówienia o ciągłości historii, to mam też przekonanie, że XIX wiek, szczególnie jego końcówka, jest bardzo istotna dla współczesnej Polski. To okres, w którym kształtowało się nasze widzenie rzeczywistości, Polski, Polaków, naszego miejsca w Europie i świecie, ale też bardzo intensywnie odbiło się to na naszym widzeniu porządku społecznego. To wtedy zdecydowaliśmy, kim jest moralna kobieta - podkreśla.

A porządna kobieta nie ma "swoich potrzeb", jeśli mówimy o seksualności. I tak wytworzył się pewien rodzaj napięcia. - Bo skoro ona nie ma mieć potrzeb, a on swoje potrzeby zaspokajać powinien, to musi mieć z kim. I tak to pracownice seksualne zaspokajały ogromny popyt i popęd, biorąc na siebie cały moralny ciężar tej sytuacji. To one były winne - opowiada historyczka.

Nawet emancypantki, które zwykle pochodziły z mieszczańskiej lub szlacheckiej inteligencji, przyjmowały narrację żon przerażonych prostytucją i pracownicami seksualnymi, które - ich zdaniem - czyhały na tych mężów. Do tego zarażały mężczyzn chorobami wenerycznymi: syfilisem, rzeżączką, a ci przekazywali choroby swoim małżonkom.

- Dla tych kobiet pracownice seksualne były albo ofiarami, albo zepsutymi istotami ciemności. Nie było tu mowy o wyborze - podkreśla Urbanik-Kopeć. - Czuły do nich nienawiść albo litość - zakładając, że praca seksualna bierze się z biedy i trzeba te kobiety ratować - albo nienawiść i trwogę. Bardzo rzadko zrozumienie, bo z ich perspektywy to te kobiety - w stopniu niemal równym jak niewierni mężowie - je krzywdziły.

Pogrom lupanarów, Warszawa 1905Polona

Nie mówimy o nierządnicach

Może zastanawiacie się od dłuższej chwili, dlaczego cały czas mówimy o "pracy seksualnej", choć wiemy, że wtedy takiego określenia nie było, a i dziś wiele osób powiedziałoby z przekąsem i bez próby zrozumienia, "ale co to za praca". Dlaczego tak?

- Język jest odzwierciedleniem tego, jak wygląda rzeczywistość. Używając konkretnych słów, kreujemy ten obraz. Chciałam się do tego dołożyć w sposób, który uważam za słuszny - mówi Urbanik-Kopeć. - Tego określenia wtedy nie było, ale tamten język niemal nie dawał neutralnych słów. W neutralny sposób było używane słowo "prostytutka". Tak nazywano zawód w prasie czy literaturze, informując, a niekoniecznie oceniając. Ówczesny język dawał za to ogromny wachlarz dużo bardziej obraźliwych określeń. Nie mówię więc i nie piszę w książce świadomie o: "nierządnicach", "kobietach upadłych", "latawicach", "nocnicach", "kobietach publicznych" czy nawet bardziej poetyckich jak "dama kameliowa". Bo to ostatnie też było obraźliwe. Oczywiście nie cenzuruję źródeł. Gdy je cytuję, omawiam, robię to wiernie, ale gdy piszę coś od siebie, mówię o pracy seksualnej - tłumaczy badaczka, a ja przyjmuję jej optykę.

Pisząc "Chodzi i uśmiechać się wolno każdemu", po raz kolejny przekonała się, że w XIX wieku seks był prawdziwą władzą. - To towar i to nie tylko w kontekście pracy seksualnej - zastrzega. I kontynuuje: - Im bardziej społeczeństwo konserwatywne na zewnątrz, tym mocniej temat seksualności bulgocze gdzieś w środku, pod spodem. XIX-wieczny dyskurs związany z rodziną, kobietą, wychowywaniem dzieci, edukacją, małżeństwem i tego typu sprawami był wyjątkowo nasycony myśleniem o seksualności, choć głośno nie mówiono na ten temat zbyt wiele. Gdy się jednak czyta źródła, czuć, jak ogromne emocje to budziło. Można dowiedzieć się, jak bardzo seksualność była sferą zarezerwowaną dla mężczyzn. Kobiety były albo w niewoli pożądania, albo miały tę sferę całkowicie wypartą.

Ale dlaczego towar? - dopytuję. - Z jednej strony wypierano seksualność z relacji małżeńskich, z drugiej do tych spraw podchodzono bardzo merkantylnie - tłumaczy historyczka. - Bo czym się wtedy różniła pracownica seksualna od żony? Tym, że żona też w pewnym sensie oddaje swoje usługi mężowi, tylko nikt nie płacił jej za to wprost, a do tego musiała rodzić dzieci. To nie były zwykle dla kobiet z klasy średniej i wyższej romantyczne relacje, i emancypantki również na to zwracały uwagę - że podwójna moralność sprowadza żonę do roli rozpłodowej, sprzedającej swoje ciało w zamian za pozycję i spokój. W ówczesnej rzeczywistości społeczno-ekonomicznej kobiety postrzegały wyjście za mąż, jako sposób na przetrwanie i zapewnienie sobie bezpieczeństwa. One były tak wychowane - wiedziały, że wychodzą za mąż, by nie zostać starą panną, która będzie cierpieć biedę i poniżenia. Los samotnej kobiety z klasy średniej był okrutny i kobiety za wszelką cenę chciały go uniknąć.

Pogrom lupanarów w Warszawie, 1905Biblioteka Narodowa

Patriarchat trzęsie się w posadach

I tu znów wróćmy na chwilę do lektur, które omawia się w szkołach. Urbanik-Kopeć przywołuje w swojej książce "Martę" Elizy Orzeszkowej.

Przypomnijmy pokrótce. Mąż Marty, warszawski urzędnik, zmarł młodo i niespodziewanie, a kobieta musiała sama zatroszczyć się o siebie i córkę. Opuściła wygodne mieszkanie, musiała sprzedać ubrania, meble, biżuterię. I najtrudniejsze - znaleźć pracę.

Na początku Marta została guwernantką, nauczycielką francuskiego. Próbowała sił jako tłumaczka, ilustratorka, ekspedientka, krawcowa. Nie szło najlepiej - mówiąc delikatnie. W końcu, zdesperowana i głodna, trafiła na koleżankę z dzieciństwa, Karolinę. I tak, dobrze myślicie (lub pamiętacie) - Karolina wiodła całkiem wygodne życie pracownicy seksualnej. I to też ona doskonale wyrażała gorzką myśl podsumowującą tamte czasy: "Kobieta jest zerem, jeżeli mężczyzna nie stanie obok niej jako cyfra dopełniająca".

Fragment powieści "Marta" Elizy Orzeszkowej

- Pracownice seksualne funkcjonowały w tkance miejskiej, były widoczne i stąd też pojawiały się w powieściach. One i mieszczańskie żony były awersem i rewersem ówczesnej opowieści o kobietach. Pisząc powieści realistyczne czy dydaktyczne, a czasem nawet moralistyczne, jak Orzeszkowa, nie da się tego wątku pominąć - twierdzi Urbanik-Kopeć. I dodaje: - Gdy mówiłam, że seks to władza, to miałam też na myśli władzę nad ludzkim umysłem. Do pracownic seksualnych kierowano mieszankę pogardy, litości, współczucia, nienawiści, strachu. I niesamowite, jak ogromny był ten lęk.

Dziś Urbanik-Kopeć myśli nawet, że bardziej napisała książkę nie o samych pracownicach seksualnych, a właśnie o tym, komu wolno chodzić po ulicach, a kto przekracza normy moralne. I o ogromnym lęku przed odmiennością. - Wszystko to zaś wynikało tak naprawdę z tego, że na ulicach miast nagle pojawiły się rzesze niezamężnych kobiet, które po prostu "sobie szły". Patriarchat się trząsł od tego wszystkiego w posadach - mówi historyczka.

W tym czasie mężczyźni w różnego rodzaju tekstach prasowych dywagowali nad prostytucją, upokarzali kobiety. - I to nie tylko pracownice seksualne, ale wszystkie kobiety - zastrzega Urbanik-Kopeć. - Na przykład jeden z nich pisał - być może nawet mając dobre intencje - że nie należy pogardzać prostytutkami, bo sprzedają usługi seksualne z biedy i od zostania prostytutką, nasze, czyli mieszczańskie córki, dzieli tylko jedna pensja ojca. Czy chciał w ten sposób powiedzieć, że jednak każda kobieta jest ostatecznie niemoralna? To straszny świat, prawda? - dopytuje historyczka.

I przypomina współczesne żarty ojców, którzy twierdzą, że z bronią będą czekać na pierwszych chłopaków, którzy czyhają tylko na cnotę ich córeczek. - To ten sam sposób myślenia. Jakie ty masz człowieku - mówię o tych wszystkich ojcach, którzy chcą iść z karabinem do partnera ich "małej córeczki" - zdanie na temat swojej córki? Czy ona jest bezwolna? Ci ojcowie świetnie by się odnaleźli w XIX wieku - twierdzi historyczka.

Matriarchat po powstaniu

Jest rok 1907, Pierwszy Zjazd Kobiet Polskich w Warszawie, młoda Nałkowska pyta głośno, czemu na sali nie ma prostytutek, a Konopnicka wychodzi, trzaskając drzwiami.

- Co tam się stało? - proszę Urbanik-Kopeć o kolejną opowieść. A historyczka odpowiada: - Zofia Nałkowska była przedstawicielką młodego pokolenia emancypantek. To pierwsze pokolenie, jak Orzeszkowa czy właśnie Konopnicka, było już w tym czasie starszymi kobietami, które wyrosły na doświadczeniach po powstaniu styczniowym. Historyczka Grażyna Borkowska pisała nawet o tym, że po powstaniu styczniowym na ziemiach polskich zapanował matriarchat, bo zwyczajnie nie było mężczyzn. I z jednej strony kobiety wtedy przejmują stery, a z drugiej widzą wyraźnie, że nie mają narzędzi, by je przejąć. Brakuje im choćby odpowiedniej edukacji. Dostęp do niej i związane z tym kwestie to taka emancypacja pragmatyczna. To o niej Orzeszkowa pisze w "Marcie", gdzie pokazuje, że jak się coś stanie, mąż umrze, to kobieta zostaje absolutnie na lodzie - dodaje.

Początek XX wieku to kolejna rewolucja, na ten czas przypada już 40-lecie pracy zawodowej Orzeszkowej. - A nowe młode pokolenie z Nałkowską na czele chce już nie tylko prawa do edukacji czy zarabiania pieniędzy, to pokolenie chce "całego życia" - mówi Urbanik-Kopeć. - Nie tylko praw społecznych i politycznych, ale również dostępu do życia seksualnego. To wtedy Nałkowska zaczyna mówić, że kobiety też mają prawo do satysfakcji seksualnej - podkreśla.

Zofia Nałkowska była uosobieniem nowej fali emancypacjiwikipedia.org, domena publiczna

Nie bez powodu w swojej książce historyczka pisze, że opowieść o pracownicach seksualnych to też "historia o walce z przerażającym widmem kobiecej emancypacji".

- Pierwsze emancypantki skupiały się na tym, jak zwalczyć pracę seksualną. Widziały w niej - z czym w wielu przypadkach trudno się nie zgodzić - usankcjonowany prawnie system wykorzystywania kobiet - mówi historyczka. I wraca do 1907 roku: - Również na tym zjeździe nie brakowało odczytów na temat tego - że pracy seksualnej należy zakazać, mówiono o abolicji i wtedy wyszła Nałkowska, by zapytać, dlaczego rozmawiamy o tym bez udziału samych zainteresowanych.

To była idea, którą już wcześniej rozwinęła w powieści "Kobiety". - Uważała mianowicie, że kobiety z inteligencji powinny wejść w sojusz z pracownicami seksualnymi, dlatego że animozja między nimi napędzana jest wyłącznie przez mężczyzn, którym jest z tym wygodnie. Strasząc żonę prostytutką, a pracownicę seksualną izolując od strefy rodzinnej, taki mężczyzna miał wszystko. A kobiety tylko się wzajemnie nienawidziły lub bały. Doskonały opis strategii "dziel i rządź" - mówi Urbanik-Kopeć.

Nałkowska uważała, że kobiety powinny się poznać i przestać bać. Podział na moralne żony i niemoralne kobiety upadłe sprawiał, że życie seksualne dla jednych było obowiązkiem i transakcją pragmatyczną, a dla drugich finansową. - Dla kobiet przyjemność seksualna nie istniała. I był to już najwyższy czas, by z tym skończyć. A ja myślę, że właśnie tak wyglądała cicha przygrywka do rewolucji seksualnej - podsumowuje badaczka.

***

* Alicja Urbanik-Kopeć - badaczka historii literatury i kultury polskiej XIX wieku, obroniła doktorat w Zakładzie Historii Kultury Instytutu Kultury Polskiej UW. Adiunkt w Instytucie Historii Nauki PAN. Interesuje ją, co dla ówczesnych znaczyła nowoczesność. Pisze o spirytyzmie, wynalazkach, emancypacji i klasie robotniczej.

Wydała książki o robotnicach "Anioł w domu, mrówka w fabryce" oraz o służących "Instrukcja nadużycia". "Chodzić i uśmiechać się wolno każdemu" ukaże się 15 września nakładem wydawnictwa Krytyki Politycznej.

"Chodzić i uśmiechać się wolno każdemu"

MAGAZYN O SEKSIE. ZOBACZ WSZYSTKIE ARTYKUŁY TEGO WYDANIA >>>

Autor:Justyna Suchecka

Źródło: Magazyn TVN24