Premium

Chciał chronić ludzi przed pochowaniem żywcem. "Po ocknięciu donieść lekarzowi o zaszłym wypadku"

Zdjęcie: Wojciech Kwiatkowski | Wikipedia

Wszystko zaczęło się od likwidacji cmentarza na Wzgórzu Winiarskim. Podczas ekshumacji natrafiono na ludzkie ciała ułożone w nienaturalnych pozycjach. Na poznaniaków padł blady strach. Podejrzewano, że zmarli mogli zostać pogrzebani żywcem. Przestraszył się też hrabia Edward Raczyński, który postanowił "ubezpieczyć" mieszkańców przed taką możliwością.

Rzymianie grzebali zmarłych dopiero tydzień po śmierci. Przez ten czas nieboszczyk leżał w domu i próbowano go wskrzesić, krzycząc do niego.

Persowie czekali jeszcze dłużej - nie chowali zmarłych aż mieli pewność, że faktycznie nie żyją. Słowem - nie oceniali na oko, a na nos. Ciało grzebano dopiero, gdy zaczynało się rozkładać.

W nowożytnej Europie zaczęto przyjmować, że o tym, czy faktycznie doszło do śmierci, decyduje lekarz. Ale to nie wykluczało błędów.

Do takich - jak było przekonanych wielu mieszkańców - miało dojść w Poznaniu.

Plotka, która podsyciła strach

Cała historia zaczęła się w 1828 roku, gdy w związku z budową fortu Winiary na Cytadeli, władze miasta zdecydowały o likwidacji cmentarza na stokach Wzgórza Winiarskiego. Istniejące groby ekshumowano. Wtedy odkryto, że w niektórych z nich szczątki zmarłych spoczywały w trumnach w nienaturalnych pozach. - Szkielety z podkurczonymi nogami, nienaturalnie powyginane lub z twarzą do dołu, sugerowały, że ludzie ci pochowani zostali za życia. Ta traumatyczna plotka ogarnęła umysły poznaniaków i wywołała psychozę wśród mieszkańców miasta - opowiadał PAP Michał Hirsch z Centrum Turystyki Kulturowej TRAKT w Poznaniu.

Czytaj bez ograniczeń

premium

Uzyskaj dostęp do tego artykułu i innych treści specjalnych. Za darmo