Premium

Nie da się zhakować każdego polityka. Zarzuca się sieć

Zdjęcie: Shutterstock

Cyberoperacje, których celem może być zbieranie informacji o kandydatach na przyszłe funkcje polityczne lub wręcz ingerowanie w kampanie wyborcze, to rzeczywistość geopolityczna, w której żyjemy - pisze w analizie dla tvn24.pl Łukasz Olejnik, niezależny badacz i konsultant cyberbezpieczeństwa i prywatności.

To stały element rzeczywistości. Od lat politycy w różnych krajach są obiektem cyberataków pochodzących z różnych źródeł, jak choćby cyberprzestępczość czy zagraniczne wywiady. Efektów takich działań doświadczamy w Polsce w ostatnich miesiącach, a ich kulminację mamy w ostatnich dniach, ponieważ ofiarą takiego ataku padł Michał Dworczyk, konstytucyjny minister, jeden z najbliższych współpracowników premiera Mateusza Morawieckiego.

Cyberbezpieczeństwo jest obecnie jednym z popularniejszych sformułowań w Polsce dzięki ministrowi Dworczykowi, który być może udostępnił hasło do swojej skrzynki mailowej osobom postronnym. Piszę "być może", bo wciąż niewiele w tej sprawie oficjalnie wiadomo.

Wiadomo za to, że pewne osoby (atakujący) od kilku dni prowadzą w Polsce miniserial psychologiczny. Posługując się wykradzionymi materiałami i dokumentami, mają pewien wpływ na dyskurs publiczny, polityków oraz media. Początkowo wyglądało na to, że odrobiliśmy lekcję z USA i "wycieknięte" dane nie zostały zaprzęgnięte w bieżący spór polityczny. Jednak sytuacja na tym polu szybko ewoluuje i temat znalazł się w centrum dyskusji opinii publicznej, czego kulminacją jest raportowanie w mediach kolejnych odsłon wycieku, a nawet zorganizowane w minioną środę w trybie niejawnym posiedzenie Sejmu.

Czytaj bez ograniczeń

premium

Uzyskaj dostęp do tego artykułu i innych treści specjalnych. Za darmo