Polska

Żałoba po katastrofie samolotu. "Wszyscy byliśmy jak rodzina"

Polska

tvn24Rozmowa z byłym strażakiem, który wyciągnął z płonącego samolotu trzy osoby

- Zaraziłem go pasją. Mój syn zginął robiąc to, co kocha – mówi ojciec jednego ze skoczków, który stracił życie podczas sobotniej katastrofy samolotu w Topolowie (śląskie). Na terenie lotniska w Rudnikach, gdzie wzbił się do ostatniego lotu Piper Nawajo z 12 osobami na pokładzie, wszyscy pogrążeni są w żałobie.

Prokuratura: Samolot nie należał do szkołytvn24
wideo 2/21

Niedziela, 6 rano. Na terenie lotniska należącego do aeroklubu częstochowskiego niemal zupełnie pusto. Niemal, bo w pobliżu firmy organizującej skoki spadochronowe stoi policyjny radiowóz.

W pobliżu pasa startowego, z którego kilkanaście godzin wcześniej wystartowało 12 osób, spotykamy zapłakanego mężczyznę. Przyjechał wczoraj wieczorem, kiedy dowiedział się o wypadku. Noc spędził na lotnisku. - W wypadku zginął mój syn. Sam go namawiałem do tego sportu, zaraziłem go pasją – mówi roztrzęsiony mężczyzna.

Jego syn skakał od 8 lat. To była prawdziwa pasja – na lotnisku pojawiał się tak często, jak tylko mógł. - Pociesza mnie tylko to, że zginął robiąc to, co kocha – mówi tvn24.pl ojciec zmarłego.

"Jeden z najlepszych skoczków w Polsce"

Samolot Piper Nawajo runął na ziemię w sobotę, około. 16. Na pokładzie było 12 osób. Dwa tandemy (skoczek plus instruktor), sześciu skoczków (w tym czterech z kamerami), pilot i właściciel firmy organizującej skoki.

Ten ostatni, Rafał, był jednym z najbardziej doświadczonych skoczków spadochronowych w kraju. Miał za sobą ponad 7 tys. skoków, w tym co drugi w tandemach. Na terenie aeroklubu znali go wszyscy. - Był maniakiem skoków, ale jednocześnie fantastycznym organizatorem. Człowiek, który zarażał pozytywną energią – mówi jeden z członków aeroklubu w Częstochowie.

Wszyscy nasi rozmówcy proszą o anonimowość. Mówią, że nie chcą błyszczeć w mediach na tle katastrofy, także ich osobistej.

Nocne przesłuchania

Firma, która organizowała skoki, działała na ternie lotniska w Rudnikach od kilku lat. Od maja do dyspozycji klientów był dwusilnikowy samolot Piper Nawajo. "To jedyny tego typu samolot przystosowany do skoków w Polsce!" - można przeczytać na stronie internetowej firmy. Wpis datowany jest na koniec maja.

Na pokładzie samolotu zdemontowane były dodatkowe elementy wyposażenia. Na zewnątrz kadłuba, w pobliżu rozsuwanych drzwi bocznych, pojawiły się poręcz i podest.

Niedługo po sobotniej tragedii w siedzibie firmy pojawiła się policja. Po kilku godzinach do Rudnik przyjechali też prokuratorzy. Śledczy chcą wyjaśnić, dlaczego samolot runął na ziemię. Czynności trwały do 5 rano. - W zasadzie zabezpieczyli wszystko, co tylko mogli. Pytali o każdy szczegół – opowiada nam jeden z pracowników firmy.

Jak jedna, wielka rodzina

Lotnisko w Rudnikach jest bardzo popularne wśród spadochroniarzy, pilotów lekkich samolotów czy szybowców. Zwłaszcza w takie słoneczne, weekendowe dni, jak wczoraj. Kiedy Piper Nawajo uderzał w ziemię 3 km od pasa lotniska, na terenie aeroklubu tętniło życie. Na parkingu obok pasa startowego nie było już żadnych wolnych miejsc.

Kiedy dotarła informacja o katastrofie, lotnisko zamarło. Jeszcze zanim przyjechali bliscy tych, którzy stracili życie, zapanował tu nastrój żałoby. - Znałem wszystkich pracowników tej firmy. Tu każdy się zna. Stracili życie fantastyczni ludzie – mówi pracownik kawiarnii na terenie lotniska.

Wszystkie loty spadochroniarzy i szybowników zostały odwołane. W powietrze wzbijają się tylko klienci aeroklubu, którzy już dawno zaplanowali loty. - Jeszcze długo tu nic nie będzie takie samo – mówi tvn24.pl jeden z nich.

Największa katastrofa od lat

W sobotniej katastrofie zginęło 11 osób. Tylko jeden z pasażerów – 40-letni mężczyzna - przeżył zderzenie samolotu z ziemią. Tuż po uderzeniu maszyna stanęła w płomieniach. Na razie nie wiadomo, co było przyczyną tragedii. Pojawiają się informacje, że Piper Nawajo mógł być przeładowany.

W akcji ratunkowej brały udział m.in. trzy śmigłowce lotniczego pogotowia. Według lekarzy, 40-letni mężczyzna uratowany po katastrofie miał m.in. urazy miednicy. W ciężkim, ale stabilnym stanie został przetransportowany śmigłowcem do Częstochowy. Pozostałe 11 osób nie miało szans na przeżycie. Ich ciała zostały zwęglone podczas pożaru, do którego doszło po uderzeniu samolotu w ziemię.

Autor: bż/r / Źródło: TVN24 Łódź

Pozostałe wiadomości