Z ust polityków rządzących Polską przez ostatnie osiem lat słyszały poniżające słowa:
- że są czymś pośrednim między mężczyzną a dzieckiem i rodzą mniej dzieci (Janusz Korwin-Mikke z Konfederacji) ,
- że rodzą mniej dzieci, bo "dają w szyję" (prezes PiS Jarosław Kaczyński),
- że "kobiety umierały, umierają i będą umierać" (minister zdrowia Katarzyna Sójka), gdy kolejna ciężarna straciła życie na porodówce,
- że kobiety trzeba "ugruntować do cnót niewieścich" (minister edukacji i nauki Przemysław Czarnek).
W końcu dowiedziały się, że są "częścią dobytku" i należy je "wyeliminować z przestrzeni publicznej" (uczestnicy konwencji założycielskiej Fundacji Patriarchat, w której wziął udział m.in. Janusz Korwin-Mikke).
Zanim jednak Polki powiedziały "dość" przy urnach wyborczych, stworzyły na nieznaną dotąd skalę oddolne, apolityczne ruchy profrekwencyjne, które połączyły je bez względu na poglądy czy wiek. I udowodniły, że głos polskich kobiet to siła, której nie wolno ignorować.
Rekordowa frekwencja wśród kobiet przy urnach wyborczych wyniosła w tym roku 73,7 procent według sondażu exit poll Ipsos.
56,1 procent głosów Polki oddały na demokratyczną opozycję (KO, Lewicę i Trzecią Drogę), a 36,5 procent kobiet zagłosowało na listy PiS.