Opowieści z życia

Maciej Wierzyński
Maciej Wierzyński
Źródło: TVN24
Czekałem na taką książkę od lat i nie mogłem się doczekać. W końcu zrezygnowałem z czekania, pogodzony z myślą, że nikt już jej nie napisze. Miałem nawet na to wytłumaczenie. W czasach realnego socjalizmu, kiedy cenzura nie pozwalała roztrząsać, ani nawet opisywać zjawisk społecznych, bo jeśli się to uczciwie zrobiło, to wychodziło, że ustrój jest do chrzanu, jedynym dopuszczalnym sposobem przybliżenia się do prawdy był obraz rzeczywistości z perspektywy żabiej, z pozycji naiwnego opisywacza, trochę może zdziwionego, ale bez komentarza i broń Boże, bez uogólnień. Bo one mogły pójść za daleko.

To między innymi dzięki temu ograniczeniu rozkwitł reportaż Hanny Krall, powstały teksty Barbary Łopieńskiej, Ewy Szymańskiej, Michała Ogórka i innych autorów, którzy opisywali świat słowami swoich bohaterów, pogodzonych z losem, z warunkami, w których żyją, chociaż trochę zdziwionych idiotyzmem, biedą albo absurdami codziennego bytowania. Dziś, kiedy można powiedzieć wszystko wprost, nie trzeba uciekać się do chwytów literackich, reportaż staje się niepotrzebny. Nie mówiąc już o tym, że jest za drogi dla mediów, które muszą zarabiać.

I właśnie, kiedy zupełnie utraciłem wiarę, że są jeszcze autorzy wrażliwi na groteskowy kształt modernizującej się Polski, którym nie wystarczy prosta konstatacja albo statystyka, ale mają jeszcze ochotę, żeby rzeczywistość we własny sposób opowiedzieć, natrafiłem na "Dysforię" Marcina Kołodziejczyka.

"Dysforia" to zbiór opowiadań wystylizowanych na reportaże, tak jak to robił Ryszard Kapuściński w "Buszu po polsku". On też drukował swoje teksty w gazetach jako relacje rzeczywistości, ale potem sam przyznawał, że to opowieści symboliczne, oparte na przetworzonych motywach zasłyszanych podczas wędrówek reporterskich.

Podobnie u Kołodziejczyka. Jego najczęstszymi bohaterami są nowi mieszkańcy miast, często w trakcie moszczenia nowych siedzib, instalowania się w nowych mieszkaniach, które dziś nazywa się apartamentami, czemu towarzyszy proces robót wykończeniowych.

"W październiku oddano nowy blok w Warszawie - Tarchominie. Maciek się wprowadza… Od siódmego pietra do ósmego elewację pokrywają panele z szarego lastriko imitującego granit… Piętra siedem i osiem to lokale droższe… zachwalane przez dewelopera jako deluxe; kwestia starannego wykończenia klatki schodowej welurową, niepapierową tapetą. Podobno są osoby, które kupiły w tym bloku po kilka mieszkań… wśród tych osób są głośnie nazwiska ze świata rozrywki, twierdzi pogodna dziewczyna w biurze sprzedaży mieszkań. Nosi na piersi plakietkę z napisem Jaśmina Z. W czym mogę pomoc…"

Blok oczywiście wcale nie jest blokiem, tylko apartamentowcem, a pod gorącym adresem zamieszkają młodzi pracownicy korporacji, ambitni po licencjatach. Zatrudnieni jako specjaliści i analitycy, które to tytuły zastąpiły referentów i starszych referentów. Przygody tych ludzi, nazwanych przez Kołodziejczyka "mieszczanami polskimi", opisuje w książce autor. Najczęściej ironicznie, czasami ze współczuciem, ale najważniejsze: ogromną wrażliwością na język i świat pojęć, w którym żyją.

Ten świat i język kształtowane są przez kolorowe magazyny, reklamy, speców od poradnictwa psychologicznego i oczywiście telewizje, zwłaszcza śniadaniowe. Rozpadające się małżeństwo wybiera się "do psychologa od związków, bo ona tego bardzo potrzebuje". Problem tkwi w tym: "on w nich nie wierzy i wyznaje przyjaciółkom przy gruzińskiej wodzie mineralnej, bo kawę, herbatę i soki odrzuciła już dawno z powodu nadmiernej kwasowości; on mówi, że to jest nienaukowe". Przyjaciółki z kolei "zawsze podejrzewały, że on jest nienormalny, wręcz tuman, bo nie wierzy… podczas gdy wszyscy wierzą, cały świat".

Te wszystkie nowe wierzenia całego świata, ze zdumieniem i chyba nie bez lęku, opisuje Kołodziejczyk, bo tworzą one piramidę głupstw, której cegiełkami są mody na rzeczy i na myśli. Przepis kulinarny: "Topinambur w guacamole pod delikatną kołderką z pianki papajowej". Wydarzenie sportowe: "Mistrzyni świata w opalaniu. Mówi nam, że interesuje się opalaniem od zawsze". A w kwestii wydobywania się z zaścianka radzi: "Napiszcie list do Gazety Wyborczej protestujący przeciw prowadzeniu psów na smyczy, co urąga ich przyrodzonej godności".

Zwieńczeniem tej piramidy jest telewizja, która to wszystko miesza w jeden gulasz, z którego ludzie opisywani przez Kołodziejczyka budują swój obraz świata. Są też w tym zbiorze teksty o ludziach, którzy o topinamburze pewnie nie słyszeli i uszczerbek na godności psów prowadzonych na smyczy nie jest ich problemem.

Opowiada Kołodziejczyk o mieście na Śląsku, gdzie był wypadek w kopalni, o dawnym działaczu partyjny, szukającym dla siebie miejsca w nowej rzeczywistości i o mieszkańcach Pragi spędzających weekendy nie w Berlinie, ale nad jeziorkiem Kamionkowskim.

Portret nowej Polski jest dzięki temu pełny niczym mozaika złożona z różnych kamyków.

INNE FELIETONY MACIEJA WIERZYŃSKIEGO

Opinie wyrażane w felietonach dla tvn24.pl nie są stanowiskiem redakcji.

Maciej Wierzyński - dziennikarz telewizyjny, publicysta. Po wprowadzeniu stanu wojennego zwolniony z TVP. W 1984 roku wyemigrował do USA. Był stypendystą Uniwersytetu Stanforda i uniwersytetu w Penn State. Założył pierwszy wielogodzinny polskojęzyczny kanał Polvision w telewizji kablowej "Group W" w USA. W latach 1992-2000 był szefem Polskiej Sekcji Głosu Ameryki w Waszyngtonie. Od 2000 roku redaktor naczelny nowojorskiego "Nowego Dziennika". Od 2005 roku związany z TVN24.

Czytaj także: