Trzon nowego korpusu polskiej armii będą stanowić byli wojskowi, którzy odeszli ze służby. Dla nich przewidziane są kontrakty – jakby praca na ćwierć etatu. Jest tylko jeden warunek: szeregowi służą do 35. roku życia, a podoficerowie i oficerowie do 45 lat.
Czego oczekuje od nich armia? Gotowości nie tylko na wypadek wojny czy ataku terrorystycznego, ale także w przypadku klęsk żywiołowych – powodzi, huraganów, pożarów. – To byłyby wojska rezerwowe, które uzupełniałyby główne siły polskiej armii – mówi doradca szefa MON prof. Stanisław Koziej.
W czasie pokoju i braku zagrożenia członkowie NSR będą prowadzili normalne, cywilne życie. O służbie przypomni im mundur w szafie (broń zostanie w koszarowym magazynie) oraz wezwanie na ćwiczenia. Zabawa w wojsko na poligonie nie potrwa jednak dłużej niż 40 dni w roku. W tym czasie pracodawcy będą musieli udzielić rezerwistom urlopu. W ramach zadośćuczynienia wojsko zamierza płacić firmom odszkodowania. Ile? Jedna z propozycji mówi o 10 proc. najniższego wynagrodzenia miesięcznie.
Co zaoferuje wojsko przyszłym rezerwistom? Członkowie tej formacji mieliby dostawać pieniądze za gotowość do służby. Za każdy miesiąc 15 proc. uposażenia wojskowych służących w regularnej armii. A to oznacza, że szeregowy rezerwista otrzymywałby miesięcznie ok. 300 zł. Oficer – więcej, np. porucznik – 500 zł. Wojsko płaciłoby ponadto ekstrapieniądze za udział w ćwiczeniach – w zależności od zarobku w miejscu pracy.
Żeby zorientować się, co Polacy myślą o nowym korpusie, Wojskowe Biuro Badań Społecznych przepytało ponad tysiąc wojskowych, rezerwistów i studentów, którzy przechodzą na uczelni przeszkolenie wojskowe. I to ci ostatni mają najwięcej entuzjazmu do pomysłu utworzenia 30-tysięcznej rezerwy. Dwie trzecie z nich twierdzi, że taki rodzaj wojsk jest potrzebny.
Źródło: tvn24.pl, "Polska", PAP