Co to za projekt?
Projekt zmiany ustawy o Państwowej Inspekcji Pracy przygotowało Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej. Na początku grudnia został on zaakceptowany przez Stały Komitet Rady Ministrów. W kolejnym kroku miał trafić pod obrady Rady Ministrów. Jego przyjęcie oznaczałoby, że regulacja zostałaby skierowana do Sejmu.
Jednak na wtorkowym posiedzeniu premier Donald Tusk miał zażądać wycofania projektu. Jak przekazali w "Podcaście politycznym" w TVN24+ Arleta Zalewska i Konrad Piasecki, doszło do poważnej awantury w sprawie nowych uprawnień inspektorów pracy.
O co chodzi w reformie PIP?
Reforma zakłada wzmocnienie kompetencji Państwowej Inspekcji Pracy. Ma umożliwić nie tylko wskazywanie, że Kodeks pracy jest naruszany - tak, jak to ma miejsce obecnie - ale też ma pozwolić te naruszenia likwidować.
Inspektorzy mieliby uzyskać możliwość nakazania zamiany umowy o dzieło, zlecenia czy B2B na umowy o pracę decyzją administracyjną.
"W projektowanej ustawie zagwarantowana jest ścieżka odwoławcza dla stron, które nie zgodzą się z decyzją inspektora pracy. Od decyzji będzie przysługiwało odwołanie do głównego inspektora pracy. Na końcu drogi odwoławczej jest sąd pracy" - wyjaśniał resort pracy.
Jak jest teraz?
Obecnie inspektor może skierować wystąpienie lub wydać polecenie w sprawie zmiany podstawy prawnej świadczenia pracy, następnie ewentualnie skierować sprawę do sądu pracy.
"Uprawnienie to (do wnoszenia powództw o ustalenie istnienia stosunku pracy - red.) jest rzadko wykorzystywane przez inspektorów pracy z uwagi na czasochłonność prowadzenia procesu sądowego oraz ryzyko przegrania sprawy, zwłaszcza przy braku współpracy ze strony osoby wykonującej pracę (obawiającej się np. utraty pracy), a także przewlekłość postępowań sądowych i długie oczekiwanie na rozstrzygnięcie sprawy" - napisano jednak w uzasadnieniu do projektu.
Wątpliwości
Projektowane przepisy w zakresie uprawnień inspektorów wzbudziły wiele emocji. Przede wszystkim wśród przedsiębiorców. "Takie uprawnienie ingeruje w swobodę prowadzenia działalności gospodarczej, a mechanizm stosowania decyzji grozi wywołaniem chaosu prawnego i gospodarczego" - oceniła Konfederacja Lewiatan w swoim stanowisku.
- Nowe regulacje dotyczące reklasyfikacji umów prawa cywilnego mogą radykalnie zakłócić funkcjonowanie wielu branż, generując nieprzewidywalność i skutkując pogorszenie się sytuacji na rynku pracy - ocenił Robert Lisicki, dyrektor departamentu pracy Konfederacji Lewiatan.
Przeciwnikiem najdalej idących sformułowań, o jednostronnej decyzji administracyjnej inspektora pracy, był też przewodniczący Komitetu Stałego RM, minister Maciej Berek.
Część przedsiębiorców obawiała się, że w praktyce umowy cywilnoprawne zostaną po prostu zlikwidowane.
Szef PIP tłumaczy
Szef Państwowej Inspekcji Pracy Marcin Stanecki argumentował jednak wielokrotnie, że nowe uprawnienie ma być używane do walki z nadużyciami. - Zawsze podkreślałem, że chcemy korzystać z tych uprawnień z rozwagą - przekonywał w piątek na antenie TVN24. - Nie chcemy likwidować wszystkich umów cywilnoprawnych, nie chcemy likwidować polskiej działalności gospodarczej. Chcemy tylko iść tam, gdzie naprawdę umowy cywilnoprawne są nadużywane - mówił.
Wyjaśnił także, że w regulacji chodzi o pomoc "tym ludziom, którzy do nas (PIP - red.) piszą skargi". Przekazał również, że na obecnym etapie nie wie, co dalej stanie się z przygotowanym projektem. Zadeklarował jednak "wolę włączenia się do tego projektu".
Co dalej z projektem?
Pierwotne zapowiedzi - o projekcie dyskutuje się od co najmniej roku - wskazywały, że reforma PIP może zacząć obowiązywać nawet od początku 2026 roku.
Jednak ze względu na fakt, że do tej pory projekt nie został formalnie skierowany na Radę Ministrów (we wtorek odbyła się dyskusja, dokumentu nie było jednak w porządku obrad), a także z powodu sporu w rządzie w tej sprawie, realnym terminem wejścia w życie przepisów jest początek 2027 roku. Jeśli regulacji nie zawetuje prezydent RP Karol Nawrocki.
Autorka/Autor: Pkarp/dap
Źródło: tvn24.pl
Źródło zdjęcia głównego: Shutterstock