|

"Lepiej zepsuć święta, niż ryzykować, że kolejnych nie będzie"

Grudzień i styczeń, czyli okres świąteczno-noworoczny to czas, gdy umieralność wzrasta.
Grudzień i styczeń, czyli okres świąteczno-noworoczny to czas, gdy umieralność wzrasta.
Źródło: Apicha/AdobeStock
Koniec grudnia i początek stycznia należą w statystykach do najtrudniejszych momentów roku: rośnie liczba zgonów, a na pierwszym planie są choroby układu krążenia. Święta mają w tym swój udział, choć to niejedyna przyczyna. Najgroźniejszy nawyk końcówki roku to... przeczekiwanie objawów. Tymczasem "Lepiej zepsuć święta wizytą na SOR-ze, niż ryzykować, że nie będzie kolejnych" - mówi specjalista kardiolog inwazyjny dr hab. n. med. Paweł Lewandowski. I podpowiada, nie tylko sercowcom, jak przetrwać ten czas, by jednak na SOR nie trafić. Artykuł dostępny w subskrypcji
Kluczowe fakty:
  • Statystyki pokazują, że najwięcej osób umiera w okresie świąteczno-noworocznym. Święta mają w tym swój udział, ale to niejedyna przyczyna zgonów pod koniec roku. Co jeszcze zwiększa ryzyko?
  • Osoby doświadczające objawów choroby wieńcowej często "przetrzymują" dolegliwości do końca świąt lub do "po nowym roku". Kardiolog inwazyjny, dr hab. n. med. Paweł Lewandowski mówi, z jakimi powikłaniami pacjenci masowo zgłaszają się po czasie. "To swoista poświąteczna hekatomba".
  • Niektóre poważne zagrożenia kardiologiczne nas "śmieszą". Tymczasem lekarz ostrzega, że "od zaparcia do zawału wcale nie jest tak daleka droga". Tłumaczy, dlaczego.
  • Stres i silne emocje związane ze świętami mogą doprowadzić do ostrego zespołu wieńcowego o nietypowym mechanizmie i objawach podobnych do zawału. Dr Lewandowski tłumaczy, czym jest tzw. zespół takotsubo, jak reagować i jakie są rokowania.
  • Z perspektywy kardiologii infekcje wirusowe są jednym z najbardziej niedocenianych czynników ryzyka zawałów. - Grypa to nie jest choroba, którą można bezpiecznie przechodzić. Szczególnie nie wtedy, gdy ktoś ma choroby serca albo nawet o tym jeszcze nie wie - przestrzega kardiolog. I podaje przykłady.
  • Więcej tekstów o podobnej tematyce znajdziesz w zakładce "Zdrowie" w tvn24.pl.

W centrach handlowych trudno oddychać. W domach - trudno o spokój. Jedni walczą z czasem i oczekiwaniami, inni z ciszą, która w święta potrafi (prawie dosłownie) "złamać serce".  Grudzień i początek stycznia są intensywne zarówno emocjonalnie, jak i fizycznie. To także okres wyraźnie widoczny w smutnych statystykach.

Badania epidemiologiczne prowadzone w różnych krajach - m.in. w Stanach Zjednoczonych, Szwecji i Wielkiej Brytanii - od lat pokazują, że końcówka grudnia i początek nowego roku wiążą się ze wzrostem liczby zgonów z przyczyn sercowo-naczyniowych - zjawisko to było opisywane w dużych analizach publikowanych m.in. na łamach "Circulation" czy w rejestrach krajowych.

Niestety, ten sam sezonowy wzorzec widać w Polsce w danych Głównego Urzędu Statystycznego: grudzień i styczeń regularnie należą do miesięcy o najwyższej liczbie zgonów, szczególnie wśród osób po 60. roku życia - czyli w grupie najbardziej narażonej na zawał serca i inne ostre incydenty kardiologiczne.

Czy nasze serca nie lubią świąt? - Serce nie ma trybu świątecznego. Co więcej, pracuje w tym czasie w zdecydowanie trudniejszych warunkach - mówi dr hab. n. med. Paweł Lewandowski, kardiolog inwazyjny.

 Piecze, boli? "Wytrzymam" - czyli poświąteczna hekatomba

Choć święta kojarzą się z odpoczynkiem i wyciszeniem, z perspektywy kardiologa to czas paradoksów. - W okresie okołoświątecznym - nie tylko bożonarodzeniowym, ale też wielkanocnym - oddziały kardiologiczne notują relatywnie mniej zgłoszeń - mówi dr Paweł Lewandowski. - Dla systemu to chwilowy "oddech", ale dla pacjentów to często złudne bezpieczeństwo. Dlaczego? Bo mniej zgłoszeń nie oznacza, że problemy znikają. Oznacza tylko tyle, że pacjenci przesuwają je w czasie, na tzw. po świętach.

- Mniejsza liczba przyjęć nie wynika z poprawy stanu zdrowia, tylko z decyzji chorych. Osoby doświadczające objawów choroby wieńcowej - bólu w klatce piersiowej, duszności, ucisku, pieczenia czy rozpierania - często decydują się "przetrzymać" do końca świąt. Nie chcą psuć rodzinnego czasu, unikają wizyty u lekarza, a tym bardziej hospitalizacji. Jest w tym logika emocji: nie wybijać nikogo z rytmu, nie robić scen, nie wprowadzać medycyny do stołu - mówi lekarz.

Tyle że serce nie negocjuje z kalendarzem.

Czytaj także: