- To było w 2018 roku. Wchodziłam do mamy na drugie piętro i musiałam się zatrzymywać, tak bolały mnie nogi. Nie mogłam też złapać tchu - wspomina 39-letnia Ola Kot z Radomia. Krążyła od lekarza do lekarza. Internista, endokrynolog, ginekolog, badania hormonalne i metaboliczne. - Słyszałam, że może powinnam iść do psychiatry, bo to pewnie stres - opowiada.
"Myślałam, że to rwa kulszowa"
Po jakimś czasie pojawił się paraliż lewej nogi i zaburzenia czucia po jednej stronie ciała. - Kolejna lekarka poradziła: "proszę jechać do szpitala, to coś neurologicznego" - relacjonuje. Pojechała, ale trafiła w sam środek chaosu wywołanego początkiem pandemii. - Nikt się mną nie interesował. O czwartej rano na własne żądanie wyszłam i z Radomia ruszyłam do Warszawy, do Centralnego Szpitala Klinicznego WUM - opowiada. Została przyjęta na oddział neurologiczny.