|

Iluzja kontroli i marketing lęku. Onkolog: te popularne badania nie diagnozują raka

Badania "onkopierwiastków" są promowane za pomocą pojęć brzmiących naukowo, ale pozbawionych realnej wartości klinicznej.
Badania "onkopierwiastków" są promowane za pomocą pojęć brzmiących naukowo, ale pozbawionych realnej wartości klinicznej.
Źródło: Shutterstock
W świecie nadmiaru informacji strach często wygrywa z dowodami, a obietnica "kontroli nad rakiem" bywa kusząca, nawet gdy nie ma na nią rzetelnych danych. Testy "onkopierwiastków", reklamowane jako szybki i bezpieczny sposób na sprawdzenie ryzyka nowotworu, zdobywają popularność, pomimo braku potwierdzenia ich przydatności w praktyce klinicznej. Gdzie przebiega granica między leczeniem a sprzedażą iluzorycznego poczucia bezpieczeństwa?Artykuł dostępny w subskrypcji
Kluczowe fakty:
  • Polskie Towarzystwo Onkologiczne i Polskie Towarzystwo Onkologii Klinicznej jednoznacznie wskazują: nie istnieją wiarygodne dowody naukowe na to, że oznaczanie mikroelementów pozwala wykrywać nowotwory, oceniać ich zaawansowanie czy monitorować leczenie. Dlaczego pacjenci tak chętnie po to sięgają?
  • - W ofercie marketingowej unika się twardych parametrów, takich jak czułość czy swoistość testu, bo one natychmiast obnażyłyby jego ograniczenia - wskazuje dr Kamil Karpowicz, onkolog kliniczny.
  • Brak norm referencyjnych sprawia, że lekarz nie jest w stanie ocenić, czy wynik oznacza chorobę, błąd laboratoryjny czy fizjologiczną zmienność organizmu.
  • Oznaczanie pierwiastków bywa w medycynie narzędziem potrzebnym i precyzyjnym, ale tylko w jasno określonych sytuacjach klinicznych i przy konkretnym pytaniu diagnostycznym. Kiedy więc samodzielne badanie organizmu ma sens?
  • Więcej artykułów o tematyce zdrowotnej znajdziesz tutaj.

Polskie Towarzystwo Onkologiczne (PTO) oraz Polskie Towarzystwo Onkologii Klinicznej (PTOK) wydały pod koniec stycznia wspólne, stanowcze oświadczenie: badania tzw. onkopierwiastków nie mają żadnych podstaw naukowych i nie powinny być stosowane w praktyce klinicznej. Choć komercyjne laboratoria promują je jako narzędzie wczesnego wykrywania nowotworów, eksperci alarmują, że nie istnieją dowody potwierdzające ich skuteczność w diagnozowaniu czy monitorowaniu choroby.

Co szczególnie niepokojące, testy te bywają nagminnie rekomendowane - głównie w social mediach, pacjentom przez "znanych" lekarzy, a ich wiarygodność bywa legitymizowana m.in. nazwiskiem wybitnego naukowca. Tymczasem obserwacje, na które się powołują, mają charakter korelacyjny, jednoośrodkowy i nie zostały przełożone na standardy diagnostyczne obowiązujące w onkologii. Brak standaryzacji tych metod sprawia zaś, że ich wyniki są niemożliwe do rzetelnej interpretacji, co prowadzi albo do nieuzasadnionej paniki, albo - znacznie groźniejszego w skutkach - fałszywego poczucia bezpieczeństwa.

OGLĄDAJ: Zmniejsza śmiertelność, dowody mamy od lat. Nie wszyscy ją akceptują
pc

Zmniejsza śmiertelność, dowody mamy od lat. Nie wszyscy ją akceptują

Ten i inne materiały obejrzysz w subskrypcji

O tym, dlaczego marketing medyczny wygrał tu z nauką i jakie realne i bardzo poważne zagrożenia niosą ze sobą niezweryfikowane testy, rozmawiamy z onkologiem klinicznym Kamilem Karpowiczem.

Agata Daniluk: Dlaczego badania "onkopierwiastków" zyskały tak wielką popularność, skoro nie mają naukowych podstaw?

Dr Kamil Karpowicz: Bo idealnie wpisują się w potrzeby lęku. To jest bardzo prosty i niestety skuteczny mechanizm marketingowy. Pacjent boi się raka, a jednocześnie boi się diagnostyki, biopsji, tomografii i "złej wiadomości". Test "onkopierwiastków" obiecuje coś pozornie bezpiecznego, szybkiego i nowoczesnego: jedno badanie, jedna próbka, jedna odpowiedź. To narracja "kontroli bez konsekwencji". Problem polega na tym, że ta kontrola jest iluzją.

Popularność tych badań nie wynika z ich skuteczności, tylko z języka, którym się je sprzedaje. Używa się słów brzmiących naukowo, takich jak mikroelementy, metabolizm komórki, równowaga organizmu, a unika się twardych pojęć, jak czułość, swoistość, wartość predykcyjna. Pacjent kupuje spokój, a nie diagnostykę. I to właśnie jest największe zagrożenie.

Dodatkowo wiarygodność tę wzmacnia fakt, że badania są kojarzone z nazwiskiem uznanego autorytetu naukowego...

Oczywiście - to wszystko ma umocowanie w badaniach naukowych zespołu jednego z najbardziej wybitnych profesorów polskiej medycyny.

Moje zdziwienie od początku mojej obecności w sieci budził fakt, że ekipa naukowców, dla których świat badań i statystyki nie jest obcy, powinni wiedzieć, że na podstawie badań jednoośrodkowych, obserwacyjnych, na populacji Szczecina i okolic, bez randomizacji nie deklaruje się zaleceń i zasad postępowania na cały kraj ani świat. 
Dr Kamil Karpowicz, onkolog kliniczny

Do tej pory obserwacje o "onkopierwiastkach" poruszają się w charakterze korelacji, ale bez znanego, ewidentnego związku przyczynowo-skutkowego. To tak, jakby uznać, że parasole wywołują deszcz, bo częściej widzimy je, gdy pada. Korelacja może być ciekawa, ale bez solidnego mechanizmu biologicznego i powtarzalnych badań pozostaje tylko anegdotą, a nie podstawą do decyzji medycznych.

Jakie konsekwencje ma brak standaryzacji i norm referencyjnych dla lekarza i pacjenta?

W praktyce oznacza to, że wynik nie ma jasnego znaczenia klinicznego. Lekarz nie wie, czy "wynik podwyższony" oznacza realne ryzyko choroby, błąd pomiaru, różnicę laboratoryjną czy fizjologiczną zmienność organizmu. A musicie wiedzieć, że stężenia tych pierwiastków są bardzo labilne i zmienne w ciągu doby. To tak, jakby ktoś podał temperaturę, ale bez informacji, czy mówimy o stopniach Celsjusza, Fahrenheita czy o skali stworzonej na potrzeby reklamy.

Dla pacjenta oznacza to jedno z dwóch zagrożeń. Albo fałszywy spokój, bo wynik "wyszedł dobry", albo niepotrzebny lęk, który uruchamia spiralę dalszych badań, wizyt, stresu i kosztów. Diagnostyka bez norm nie jest diagnostyką, tylko zgadywaniem, a medycyna nie może opierać się na domysłach. Profesor Lubiński na swoich wykładach zawsze powtarzał, że potrzebne są jasne referencje i punkty odcięcia i badania nad tym nadal trwają. Dziwi zatem, że laboratoria wypuściły komercyjną usługę oznaczania parametrów, które później nie do końca wiadomo do czego odnosić.

Dlaczego w onkologii nie wystarczy "coś zauważyć", by postawić diagnozę?

Czytaj także: