- Polskie Towarzystwo Onkologiczne i Polskie Towarzystwo Onkologii Klinicznej jednoznacznie wskazują: nie istnieją wiarygodne dowody naukowe na to, że oznaczanie mikroelementów pozwala wykrywać nowotwory, oceniać ich zaawansowanie czy monitorować leczenie. Dlaczego pacjenci tak chętnie po to sięgają?
- - W ofercie marketingowej unika się twardych parametrów, takich jak czułość czy swoistość testu, bo one natychmiast obnażyłyby jego ograniczenia - wskazuje dr Kamil Karpowicz, onkolog kliniczny.
- Brak norm referencyjnych sprawia, że lekarz nie jest w stanie ocenić, czy wynik oznacza chorobę, błąd laboratoryjny czy fizjologiczną zmienność organizmu.
- Oznaczanie pierwiastków bywa w medycynie narzędziem potrzebnym i precyzyjnym, ale tylko w jasno określonych sytuacjach klinicznych i przy konkretnym pytaniu diagnostycznym. Kiedy więc samodzielne badanie organizmu ma sens?
- Więcej artykułów o tematyce zdrowotnej znajdziesz tutaj.
Polskie Towarzystwo Onkologiczne (PTO) oraz Polskie Towarzystwo Onkologii Klinicznej (PTOK) wydały pod koniec stycznia wspólne, stanowcze oświadczenie: badania tzw. onkopierwiastków nie mają żadnych podstaw naukowych i nie powinny być stosowane w praktyce klinicznej. Choć komercyjne laboratoria promują je jako narzędzie wczesnego wykrywania nowotworów, eksperci alarmują, że nie istnieją dowody potwierdzające ich skuteczność w diagnozowaniu czy monitorowaniu choroby.
Co szczególnie niepokojące, testy te bywają nagminnie rekomendowane - głównie w social mediach, pacjentom przez "znanych" lekarzy, a ich wiarygodność bywa legitymizowana m.in. nazwiskiem wybitnego naukowca. Tymczasem obserwacje, na które się powołują, mają charakter korelacyjny, jednoośrodkowy i nie zostały przełożone na standardy diagnostyczne obowiązujące w onkologii. Brak standaryzacji tych metod sprawia zaś, że ich wyniki są niemożliwe do rzetelnej interpretacji, co prowadzi albo do nieuzasadnionej paniki, albo - znacznie groźniejszego w skutkach - fałszywego poczucia bezpieczeństwa.
O tym, dlaczego marketing medyczny wygrał tu z nauką i jakie realne i bardzo poważne zagrożenia niosą ze sobą niezweryfikowane testy, rozmawiamy z onkologiem klinicznym Kamilem Karpowiczem.
Agata Daniluk: Dlaczego badania "onkopierwiastków" zyskały tak wielką popularność, skoro nie mają naukowych podstaw?
Dr Kamil Karpowicz: Bo idealnie wpisują się w potrzeby lęku. To jest bardzo prosty i niestety skuteczny mechanizm marketingowy. Pacjent boi się raka, a jednocześnie boi się diagnostyki, biopsji, tomografii i "złej wiadomości". Test "onkopierwiastków" obiecuje coś pozornie bezpiecznego, szybkiego i nowoczesnego: jedno badanie, jedna próbka, jedna odpowiedź. To narracja "kontroli bez konsekwencji". Problem polega na tym, że ta kontrola jest iluzją.
Popularność tych badań nie wynika z ich skuteczności, tylko z języka, którym się je sprzedaje. Używa się słów brzmiących naukowo, takich jak mikroelementy, metabolizm komórki, równowaga organizmu, a unika się twardych pojęć, jak czułość, swoistość, wartość predykcyjna. Pacjent kupuje spokój, a nie diagnostykę. I to właśnie jest największe zagrożenie.
Dodatkowo wiarygodność tę wzmacnia fakt, że badania są kojarzone z nazwiskiem uznanego autorytetu naukowego...
Oczywiście - to wszystko ma umocowanie w badaniach naukowych zespołu jednego z najbardziej wybitnych profesorów polskiej medycyny.
Moje zdziwienie od początku mojej obecności w sieci budził fakt, że ekipa naukowców, dla których świat badań i statystyki nie jest obcy, powinni wiedzieć, że na podstawie badań jednoośrodkowych, obserwacyjnych, na populacji Szczecina i okolic, bez randomizacji nie deklaruje się zaleceń i zasad postępowania na cały kraj ani świat.Dr Kamil Karpowicz, onkolog kliniczny
Do tej pory obserwacje o "onkopierwiastkach" poruszają się w charakterze korelacji, ale bez znanego, ewidentnego związku przyczynowo-skutkowego. To tak, jakby uznać, że parasole wywołują deszcz, bo częściej widzimy je, gdy pada. Korelacja może być ciekawa, ale bez solidnego mechanizmu biologicznego i powtarzalnych badań pozostaje tylko anegdotą, a nie podstawą do decyzji medycznych.
Jakie konsekwencje ma brak standaryzacji i norm referencyjnych dla lekarza i pacjenta?
W praktyce oznacza to, że wynik nie ma jasnego znaczenia klinicznego. Lekarz nie wie, czy "wynik podwyższony" oznacza realne ryzyko choroby, błąd pomiaru, różnicę laboratoryjną czy fizjologiczną zmienność organizmu. A musicie wiedzieć, że stężenia tych pierwiastków są bardzo labilne i zmienne w ciągu doby. To tak, jakby ktoś podał temperaturę, ale bez informacji, czy mówimy o stopniach Celsjusza, Fahrenheita czy o skali stworzonej na potrzeby reklamy.
Dla pacjenta oznacza to jedno z dwóch zagrożeń. Albo fałszywy spokój, bo wynik "wyszedł dobry", albo niepotrzebny lęk, który uruchamia spiralę dalszych badań, wizyt, stresu i kosztów. Diagnostyka bez norm nie jest diagnostyką, tylko zgadywaniem, a medycyna nie może opierać się na domysłach. Profesor Lubiński na swoich wykładach zawsze powtarzał, że potrzebne są jasne referencje i punkty odcięcia i badania nad tym nadal trwają. Dziwi zatem, że laboratoria wypuściły komercyjną usługę oznaczania parametrów, które później nie do końca wiadomo do czego odnosić.
Dlaczego w onkologii nie wystarczy "coś zauważyć", by postawić diagnozę?