Brutalne morderstwo dzieci, bezradna policja i naziści oskarżający Żydów

Wrocław

M. Cepin/ K. Połosak | fotopolska.eu, TVN24 WrocławDo dzisiaj niektórzy wierzą w to, że Żydzi naprawdę rytualnie zabijali chrześcijańskie dzieci.

W 1926 r. niemieckim Breslau wstrząsnęła makabryczna zbrodnia. W dwóch punktach miasta znaleziono poćwiartowane zwłoki dzieci: 8-letniego Ottona i jego starszej siostry Eriki. Mordercy nie udało się znaleźć. Po kilku latach dramat rodziny Fehse wykorzystał nazistowski tygodnik, oskarżając Żydów o mord rytualny. To koszmar, który tę społeczność prześladuje co najmniej od XII wieku. Choć wielokrotnie udowadniano, że takie oskarżenia to antysemickie pomówienia, to do dzisiaj niektórzy wierzą w to, że Żydzi naprawdę rytualnie zabijali chrześcijańskie dzieci.

Była sobota, 5 czerwca 1926 r. Przed południem 10-letnia Erika i jej dwa lata młodszy brat Otto zbiegli z trzeciego piętra kamienicy, która stała w okolicach Koenigsplatz (dzisiejszego placu Jana Pawła II). Spieszyli się, bo dziadek poprosił ich, by poszli odebrać przesyłkę na Pocztę Paczkową. Niedaleko, jakieś 30 minut marszu. Starszy pan pewnie przewidział, że dla ciekawskich wnuków, zatrzymujących się co chwilę przed wystawami sklepów i kramami handlarek, droga będzie trochę dłuższa. Nie mógł przypuszczać, że już więcej ich nie zobaczy.

"Miejsce nie do polecenia"

Jak pisze w "Encyklopedii Wrocławia" prof. Franciszek Biały, dzieci po raz ostatni widziano po południu na Dominikanerplatz. Przez kilka następnych godzin zaniepokojona matka i zdenerwowany dziadek nie wiedzieli, co się dzieje z Eriką i małym Ottonem.

Breslau lat 20. XX wieku nie był przyjaznym miejscem. Duże miasto, ośrodek przemysłowy, przyciągało różnego rodzaju awanturników. Zdarzało się, że dzieci ginęły bez śladu. W ślepym zaułku czy na korytarzu zapuszczonej kamienicy łatwo było wpaść w ręce typa spod ciemnej gwiazdy. - To zdecydowanie nie było bezpieczne miejsce - mówi dr hab. Tomasz Głowiński z Instytutu Historycznego Uniwersytetu Wrocławskiego.

To niedaleko Dominikanerplatz dzieci widziano po raz ostatnifotopolska.eu

Makabryczna przesyłka ze szczątkami wnuczki

Gdy matka odchodziła od zmysłów, nadeszła pierwsza przerażająca wiadomość: najpierw poćwiartowane zwłoki znaleziono obok miejscowej politechniki, później na rozrzucone zmasakrowane ciała natknął się ktoś w zalesionym Scheitniger Park (współcześnie Park Szczytnicki). Nie było wątpliwości, że to szczątki dzieci Fehse. Gdyby jednak zrozpaczona rodzina wciąż wierzyła w zaginięcie, dramatyczne potwierdzenie przyszło dwa dni później. 7 czerwca dziadek otrzymał paczkę z kolejnymi szczątkami wnuczki.

Próba wysunięcia oskarżeń przeciwko żydowskiej populacji Breslau zajmuje teraz uwagę najwyższych władz policji. Śledczy są na tropie organizatorów tej agitacji The Wisconsin Jewish Chronicle, "Ritual Murder Accusation Starts Stir in Breslau", 25.06.1926

To m.in. w Parku Szczytnickim znaleziono zwłoki zamordowanych dzieci fotopolska.eu

- Do pracy przystąpiła komisja morderstw wrocławskiej policji. Z Berlina ściągnięto Ernsta Gennata, szefa tamtejszej policji kryminalnej. Zbadano dokładnie trasę dzieci z ich mieszkania aż do samej poczty. Przepytano okolicznych mieszkańców - wylicza działania stróżów prawa Grzegorz Pietrzak, który opisał historię na blogu "Tajemniczy Wrocław".

Mieszkańcy Breslau: to Żydzi zabili te dzieci. Na macę

Śledztwo było zakrojone na szeroką skalę, ale nie przynosiło rezultatów. Zamiast tego wzmagały się tylko podejrzenia. W mieście aż huczało od plotek. Z ust do ust przekazywano sobie pogłoski o tym, że dzieci zostały pozbawione krwi, bo Żydzi potrzebowali jej do macy. "Sprawa stała się głośna, a prasa prawicowa oskarżała Żydów o mord rytualny" - czytamy w "Encyklopedii Wrocławia".

Jak mówi Głowiński, wszystko dlatego, że w tamtym czasie w Breslau panował specyficzny klimat. - To była m.in. kwestia atmosfery po pierwszej wojnie światowej. Niemcy przegrali wojnę i szukali winnego. Przy okazji zdarzeń niewyjaśnionych, takich jak np. zaginięcia dzieci, które nie były rzadkimi przypadkami, szukano kozłów ofiarnych. Podejrzenia najłatwiej było skierować na "innych" - opowiada naukowiec. Efekt? "Próba wysunięcia oskarżeń przeciwko żydowskiej populacji Breslau zajmuje teraz uwagę najwyższych władz policji. Śledczy są na tropie organizatorów tej agitacji" - informowały dzienniki zza oceanu.

Breslau o zbrodnie oskarżało społeczność żydowskąM. Cepin/ K. Połosak | fotopolska.eu, TVN24 Wrocław

Bezsilny tropiciel seryjnych morderców

Śledztwo było skomplikowane. Sprawca zbrodni wydawał się nieuchwytny. Działania policji miesiącami nie przynosiły rezultatów Grzegorz Pietrzak, autor bloga "Tajemniczy Wrocław"

Kilkanaście dni później w Odrze znaleziono ciało żydowskiego robotnika o nazwisku Haase. To była woda na młyn dla antyżydowskich środowisk. Według relacji "The Wisconsin Jewish Chronicle" z 25 czerwca 1926 r. niektóre gazety wskazywały, że śmierć mężczyzny ma związek ze sprawą dwójki zamordowanych dzieci.

Policja musiała brać pod uwagę związek między tymi dwoma przypadkami. Śledczy nakazali przeprowadzenie sekcji zwłok. Okazało się jednak, że martwy Haase ze sprawą nie miał nic wspólnego. Sekcja wykazała, że mężczyzna popełnił samobójstwo. "W czasie morderstwa rodzeństwa na pewno nie było go w mieście" - donosiły dzienniki.

- Śledztwo było skomplikowane. Sprawca zbrodni wydawał się nieuchwytny. Działania policji miesiącami nie przynosiły rezultatów - opowiada Pietrzak. I dodaje, że doświadczony detektyw Gennat przyznał, że sprawa wrocławskiego mordu to "jedna z największych porażek w jego karierze".

Według Reginy Stuerickow, autorki książki "Berlin - Kriminalfaelle 1914-1933" jednym z problemów Gennata był brak kontaktów w miejscowym środowisku. W Berlinie miał ich mnóstwo, był sławą, która stworzyła określenie "seryjny morderca". W Breslau tak dobrze sobie nie radził i choć miał na celowniku kilku podejrzewanych, to zadowalających efektów śledztwa nie było. Z tego powodu sprawę na kilka lat odłożono na półkę.

Rodzina Fehse mieszkała w okolicach Königsplatzfotopolska.eu

Rzekoma babcia oskarża "światowe żydostwo"

Szczątki dzieci zostały znalezione na placu w Breslau. Ciała były zmasakrowane, pozbawiono je krwi. Brakowało genitaliów. Uważano, że sprawcą jest żydowski rzeźnik. Zniknął bez śladu "Der Stuermer", "Der Ritualmord zu Breslau", 1934/32

Na jej wznowienie zrozpaczona rodzina czekała osiem kolejnych lat. "Kiedy wczoraj szedłem do skrzynki na listy, zobaczyłem nowy numer tygodnika 'Stuermer' z nagłówkiem 'Mord rytualny w Breslau'. Wygrzebano starą kryminalną sprawę (...), aby oskarżyć o nią Żydów. A wszystko to dzień przed tak zwanymi wyborami. (...) Życie w centrum nieustannych wyzwisk jest (...) na dłuższą metę nie do zniesienia" - zapisał żydowski historyk Willy Cohn w swoim dzienniku pod datą 19 sierpnia 1934 r.

Co napisano w 32. numerze propagandowego pisma hitlerowców? "Szczątki dzieci zostały znalezione na placu w Breslau. Ciała były zmasakrowane, pozbawiono je krwi. Brakowało genitaliów. Uważano, że sprawcą jest żydowski rzeźnik. Zniknął bez śladu".

Autorzy tekstu żądali, by śledczy wrócili do sprawy. Na dowód, że takie kroki są niezbędne, przytoczono przesłany do redakcji list rzekomej babci dzieci. Wynikało z niego, że kobieta jest przekonana, że jej wnuki to ofiary mordu rytualnego dokonanego "przez światowe żydostwo".

Policja mówi: "basta" i zatrzymuje sadystę

Zastępca szefa wydziału morderstw miejscowej policji wpadł w szał. - Zwołał konferencję prasową. Powiedział, że zarzuty są śmieszne. Poinformował też, że sprawa rodzeństwa Fehse to typowe zabójstwo na tle seksualnym - przypomina rozwój wypadków autor "Tajemniczego Wrocławia".

Jedna z okładek nazistowskiego tygodnika "Der Stürmer" z 1934 rokuChris Bainbridge | Wikipedia public domain

- To nonsens. Miarka się przebrała - powiedzieli śledczy, którzy artykuł uznali za zniekształcenie faktów i obrazę policji kryminalnej. Skonfiskowano wszystkie numery tygodnika i zakazano wydawania go w Breslau. Swoje oburzenie wyraziła też Delegacja Żydów Niemieckich w Rzeszy. Śledczy wznowili jednak postępowanie i ponownie otworzyli 120 tomów akt.

- Tym razem przyniosło to bardzo dobre rezultaty. Zatrzymano dwóch głównych podejrzanych: 35-letniego doktora Arthura Engela i 32-letniego Herbert Hoella, czechosłowackiego studenta - opowiada Pietrzak. I dodaje, że Hoell został uznany przez biegłych za sadystę.

Rozemocjonowana prasa relacjonowała postępy pracy śledczych. Donoszono więc o tym, jak wkroczono do pokoju na poddaszu, w którym mężczyzna "żył jak brudne zwierzę". "Znaleziono tam nie mniej niż 6700 pocztówek zapisanych notatkami. Na kolejnych 1230 luźnych kartkach były zapiski o adresach, zwyczajach i nazwiskach dzieci z Breslau" - podał jeden z dzienników. Wśród zanotowanych zdań wielokrotnie pojawiało się imię zamordowanej dziewczynki.

"To nie ja"

32-latek zaprzeczył, by miał cokolwiek wspólnego ze zbrodnią. Jednak świadkowie, którzy po latach zgłosili się do policjantów, stwierdzili że feralnego dnia widzieli go w towarzystwie dzieci Fehse. Śledczy mieli tylko poszlaki, wciąż brakowało im mocnych dowodów. - Winy nigdy mu nie udowodniono. Skrupulatnie wykorzystali to zwolennicy Hitlera, którzy ponownie wysunęli antysemickie zarzuty. Do dziś ta zbrodnia wykorzystywana jest przez środowiska neonazistowskie jako przykład rytualnego żydowskiego mordu - wyjaśnia Pietrzak.

Pod koniec lat 20-tych XX wieku to w nowym gmachu Prezydium Policji wrocławscy śledczy rozwiązywali zagadkę śmierci rodzeństwa fotopolska.eu

Jedna z inspiracji do filmu

H. Mario Raimondo-Souto w książce "Motion Picture Photography. A History, 1891-1960" przypomina, że to m.in. historia zabójstwa wrocławskich dzieci w 1931 r. była jedną z inspiracji do stworzenia przez Fritza Langa pierwszego dźwiękowego filmu - "M - Morderca". "Fabuła była zainspirowana serią zbrodni, do jakich dochodziło wcześniej w Niemczech, m.in. historii wampira z Duesseldorfu, oraz takich, w których ofiary to małe dzieci, jak rodzeństwo Fehse z Breslau, Hilde Kopernich i sprawa Auffmanna" - twierdzi autor.

****

"W przeszłości zarzucano Żydom porywanie chrześcijańskich dzieci. Czy uważa Pan/Pani, że porwania takie miały miejsce?" - takie pytanie zadali badacze z Centrum Badań nad Uprzedzeniami w 2009 i 2011 r. Wyniki pokazały, że w Polsce wciąż dość znaczna grupa ludzi wierzy w mord rytualny. W 2009 r. około 10 proc. z 1000-osobowej reprezentatywnej grupy odpowiedziało na pytanie twierdząco, dwa lata później w badaniu internetowym pozytywnie na zadane pytanie odpowiedziało około 9 proc. osób.

Czym właściwie jest mord rytualny? O takie działania w starożytnym Rzymie podejrzewani byli chrześcijanie, później czarownice i heretycy, ale od XII wieku najczęściej oskarżano o nie Żydów. Ci mieli porywać bezbronnych chrześcijan, najczęściej dzieci.

Jak mówi prof. Marcin Wodziński, kierownik Zakładu Studiów Żydowskich na Uniwersytecie Wrocławskim, początkowo zakładano, że mordów dokonuje się na chłopcach, a nie na dziewczynkach, bo miało to być "odtworzenie mordu na Jezusie".

"Na oczy, na obrzezanie i przyprawy"

- Żydzi niemal do dziś oskarżani są za śmierć Jezusa, nie przyjęli boskości, więc oskarżeni o bogobójstwo, odtwarzali akt morderstwa na chłopcu chrześcijańskim. Wytoczenie krwi to symbol wytoczenia krwi Chrystusa - opowiada profesor. I dodaje, że powszechnie wierzono, iż krew chrześcijańskiego dziecka musi być dodana do macy na święto Pesach.

Antysemickie ulotki na początku XX wieku pojawiły się w Kijowie. Autor przestrzegał chrześcijańskich rodziców przed ŻydamiWikipedia public domain

- Mówiono też, że wykorzystywana jest do innych obrządków. Zgodnie z jednym z nich lud wierzył, że dzieci żydowskie, podobnie jak kocięta, rodzą się ślepe i dopóki nie posmaruje się ich oczu krwią chrześcijańską, nie będą widziały - przytacza naukowiec. Według innych ludowych podań chrześcijańska krew miała być m.in. dobra do tamowania krwi przy obrzezaniu, skrapiania sprzedawanych przypraw i wykorzystywana do czarów.

Oskarżenia o mord rytualny pojawiały się w przypadkach zagadkowych zaginięć dzieci. Gdy rodzice nie upilnowali swoich pociech, a w okolicy mieszkał Żyd, to właśnie on był głównym podejrzanym. Zaraz pojawiały się głosy, że dziecko zostało porwane i zabite.

W 1926 r., dwa miesiące przed zabójstwem dzieci Fehse, w Radomiu wykryto intrygę wymierzoną w tamtejszą społeczność żydowską. Pod osłoną nocy dwóch Polaków próbowało porzucić ciało małego chłopca do piekarni macy. W trakcie "transportu" zostali przyłapani przez policję. Jak informowały gazety, "żydowska populacja odetchnęła z ulgą".

Kontrowersyjny obraz

W katedrze w Sandomierzu do dziś wisi obraz XVIII-wiecznego malarza Karola de Prevot. Przedstawia dzieci pocięte na części, nabite gwoździami beczki z dziećmi, z których cieknie krew, i psa pożerającego członki pozbawione krwi. Od 2006 do 2014 r. obraz był zasłonięty. Wystawiono go ponownie na widok publiczny dopiero po zamontowaniu obok specjalnej tabliczki, na której wyjaśnione jest, że Żydzi mordów rytualnych nigdy nie popełniali. Zabrania im tego religia.

Po wojnie na skutek rozpuszczonej plotki o porwaniu 8-letniego chłopca w Kielcach doszło do pogromu. 4 lipca 1946 roku zginęło 37 Żydów.

Obraz Karola de Prevot z katedry w SandomierzuWikipedia public domain

Autor: Tamara Barriga

Źródło zdjęcia głównego: fotopolska.eu, Katedra Medycyny Sądowej UM we Wrocławiu, The Wisconsin Jewisch Chronicle, The Indiana Gazette