JOW-y po brytyjsku: 3,8 mln głosów, 1 mandat. 1,5 mln głosów, 56 mandatów

Świat

TVN24 Biznes i ŚwiatJednomandatowe okręgi wyborcze mogą dać specyficzne wyniki

Wybory w Wielkiej Brytanii dobrze pokazują, jak działają jednomandatowe okręgi wyborcze. Ekstremalnym przykładem jest zestawienie wyników dwóch partii. Eurosceptyczna UKIP w skali kraju zdobyła 12,6 proc. głosów, ale przełożyło się to na zaledwie jeden mandat. Natomiast szkoccy nacjonaliści zdobyli w skali kraju niecałe 5 proc. głosów, a dało im to aż 56 mandatów.

Wybory w Wielkiej Brytanii odbyły się w czwartek. Sondaże wskazywały na bardzo wyrównaną walkę pomiędzy Partią Konserwatywną a Partią Pracy, jednak po przeliczeniu głosów okazało się, że ta pierwsza wyraźnie zwyciężyła. Główna w tym zasługa szkockich nacjonalistów, którzy szturmem zdobyli dotychczasowy bastion laburzystów.

Klęska eurosceptyków

Wyścig do brytyjskiego parlamentu jest dobrą okazją do przyjrzenia się, jak działa system jednomandatowy. W wyborach do Izby Gmin cała Wielka Brytania jest podzielona na 650 okręgów. Z każdego do izby niższej parlamentu wchodzi tylko jeden kandydat. Żeby wygrać, w swoim okręgu musi zdobyć najwięcej głosów, ale nie większość bezwzględną (50 proc. plus 1 głos). Często do Izby Gmin trafiają więc osoby z poparciem około 30 proc. wyborców w swoim okręgu.

Taki system głosowania prowadzi do sytuacji, w której znaczna część wyborców nie ma swoich przedstawicieli w parlamencie. Najlepszym tego przykładem w tych wyborach jest wynik nacjonalistycznej partii UKIP Nigela Farage'a. W skali całego kraju jego ugrupowanie zdobyło 3,8 mln głosów, czyli 12,6 proc. Jednak dało to zaledwie jeden mandat w okręgu Clacton na wschodnim wybrzeżu kraju. W większości pozostałych przypadków kandydaci UKIP przegrali z reprezentantami konserwatystów.

W co najmniej 90 okręgach udało im się zdobyć drugie miejsce, często z niewielką stratą do liderów. Jednak ze względu na taką a nie inną ordynację wyborczą nie ma to żadnego znaczenia. Na dodatek UKIP straciła jeden mandat, bowiem w okręgu Rochester & Strood wygrał kandydat konserwatystów.

Do Izby Gmin nie udało się wejść nawet Farage'owi. W swoim okręgu South Thanet przegrał o sześć punktów procentowych z przedstawicielem Partii Konserwatywnej.

Zwycięstwo Szkotów

Zupełnie odmienną sytuację mają szkoccy nacjonaliści, najwięksi wygrani tych wyborów. Udało im się przebojem wziąć Szkocję, gdzie zdobyli 56 z 59 możliwych mandatów. Do tego wielkiego zwycięstwa wystarczyło im zaledwie 1,4 mln głosów, czyli niecałe 4,8 proc. w skali kraju.

Poparcie dla szkockich nacjonalistów po prostu jest skoncentrowane w mniejszej liczbie okręgów, w których zdobywali najczęściej po około 20-25 tys. głosów. UKIP ma natomiast zwolenników rozproszonych po całej Wielkiej Brytanii. W wielu okręgach zdobyli 5-10 tys. głosów, co razem dało imponujący wynik w skali kraju, ale w ostatecznym rozrachunku nie mający żadnego znaczenia.

W przypadku dużych partii nie było aż tak drastycznych różnic. Według ostatecznych wyników konserwatyści zdobyli 331 mandatów. Zagłosowało na nich 11,1 mln wyborców, czyli 37 proc. wszystkich uprawnionych do głosowania. Laburzyści zdobyli 232 miejsca w Izbie Gmin przy odpowiednio 9,2 mln głosów, czyli 31 proc. Najwięksi przegrani wyborów, Liberalni Demokraci, wygrali w tylko 8 okręgach (w poprzednich wyborach w 57) i dostali 2,3 mln głosów, czyli 7,8 proc.

Nieoczywista rola JOW-ów

Wyniki brytyjskich wyborów wyraźnie pokazują, że JOW-y nie są wyrokiem dla małych partii i nie prowadzą nieuchronnie do "zabetonowania" sceny politycznej, dzieląc ją pomiędzy największe ugrupowania. Potwierdza to wynik szkockich nacjonalistów, którzy pomimo bardzo słabego wyniku w skali całego kraju, jeśli chodzi o liczbę głosów, odnieśli przytłaczające zwycięstwo.

Niezależnie od tego bardzo duży wpływ na wyniki brytyjskich wyborów ma kształt okręgów wyborczych. Partia rządząca może zmieniać ich granice w ten sposób, aby w danym okręgu znajdowało się dość jej zwolenników do osiągnięcia zwycięstwa. Silne skupisko wyborców przeciwników można natomiast rozparcelować pomiędzy kilka okręgów, utrudniając im skuteczne wybranie swojego kandydata. Tego rodzaju manipulacje dorobiły się własnej nazwy: "gerrymandering".

Obecny rząd Davida Camerona od 2013 roku starał się przeprowadzić szeroką "reformę" granic okręgów wyborczych, jednak pozostałym partiom udało się ją na razie zablokować, bo najwięcej zyskaliby na niej właśnie konserwatyści. Prace odłożono na następną kadencję Izby Gmin, bowiem Partia Pracy liczyła na zwycięstwo w obecnych wyborach i możliwość dopasowania reformy do swoich potrzeb.

08.05.2015 | Konserwatyści zdobywają pełnię władzy w Wielkiej BrytaniiFakty TVN
wideo 2/7

Autor: mk//gak / Źródło: tvn24.pl, Guardian

Tagi:
Raporty: