Lista urazów była długa. Złamane oba biodra, pęknięcie kości piszczelowej, przebite płuca, pogruchotana, pęknięta w dziewięciu miejscach, kość jarzmowa. Gdy lekarze ze szpitala w Rio, gdzie Andrew odbywał przedolimpijski rekonesans, przebadali reprezentanta Trinidadu i Tobago, tylko się przeżegnali. - Nie myślisz w takiej sytuacji o udziału w igrzyskach. Myślisz o przetrwaniu. Chciałem tylko znów chodzić, jeść i oddychać - wspomina fatalny upadek i jego następstwa żeglarz.
Zapomniał kluczy
Była niedziela, 13 grudnia. Andrew wracał do wynajmowanej przez siebie willi. Nie miał kluczy, musiał przeskoczyć przez wysoki na kilka metrów mur. Stracił równowagę i runął na ziemię, a na niego oderwany od muru wielki betonowy klocek, wykończenie starodawnego ogrodzenia. Całe szczęście, że kilkanaście metrów dalej czekali na niego znajomi. Widzieli, co się stało. Natychmiast wezwali pogotowie. Połamanego, wyglądającego jak ofiarę brutalnego napadu sportowca zapakowano na nosze. - Dotarliśmy do szpitala 45 minut później. Byłem w szoku, wtedy było mi wszystko jedno - wspomina dziś 27-latek.
Obiecał, że się nie podda
Ale Andrew się nie załamał. Dwa dni później do Brazylii przyleciał jego ojciec. Żeglarz już wtedy obiecał, że wróci do treningów. - Powiedziałem mu: tato, nie martw się. Nie poddam się tak łatwo - opowiada. Z lekarzami gotów był się założyć, że za miesiąc pójdzie o własnych siłach, a za dwa pobiegnie. Najpierw musiał przejść szereg operacji. Do nogi wstawiono mu śrubę, zoperowano też twarz. Słowo Lewisa to rzecz świata. Młody organizm oraz wyjątkowa siła woli sprawiły, że szybko doszedł do siebie. 1,5 miesiąca od wypadku lekarze dali mu zielone światło na poważniejszy wysiłek. - Powiedzieli mi, że jest wszystko w porządku. Czas znów rozkoszować się pływaniem w oceanie. Wkrótce wrócę do żeglowania - ogłosił pod koniec stycznia. Dziś jest mocny jak nigdy. - Dla mnie nie ma czegoś takiego jak "nie da się" - zapewnia.
Pierwszy olimpijski start Lewisa 8 sierpnia.
Autor: twis / Źródło: sport.tvn24.pl