Premium

Hipnoza, zombirowanie i bezwolnictwo. Co Rosjanie mają w głowach

Zdjęcie: Getty Images

Im bardziej wchodziłem w głąb rosyjskich umysłów, tym bardziej rozumiałem, że Rosjanie są gotowi na dokonanie zbrodni ludobójstwa, tak jak w poprzednim stuleciu Turcy, Niemcy, Rwandyjczycy i Serbowie. Nie mówię, że to zrobią, ale że cyfrowy neototalitaryzm tak ich sformatował, aby w razie czego przetrawili masową zbrodnię dokonaną na Ukraińcach – zauważa Kuba Benedyczak, dziennikarz, publicysta, specjalista od Rosji.

Napisanie takiego tekstu nie jest łatwe, bo to przecież zaglądanie do tak zwanej rosyjskiej duszy. Ale im głębiej zaglądałem w rosyjską duszę okresu wojennego – którą, jak sądziłem, tak dobrze znam i rozumiem – w tym większą panikę wpadałem, bo docierało do mnie, że Rosjanie mają większość symptomów przedludobójczych. Zanim napisałem pierwszą literę tego artykułu, przez dwa dni paliłem więcej papierosów, chodziłem od ściany do ściany, jak w malignie wydzwaniałem do psychologów społecznych i bardziej doświadczonych ode mnie ekspertów od Rosji. Desperacko zamęczałem ich pytaniami: czy Rosjanie wiedzą o zbrodniach swojej armii, bardziej nienawidzą Ukraińców czy bardziej boją się władzy, wierzą propagandzie czy stosują mechanizm wyparcia? Najgorszy, bo najbardziej bezwzględny, był profesor Lech Nijakowski, specjalista od zagadnień ludobójstwa. Przerobił i napisał już tyle w temacie zbrodni wojennych i zbrodni przeciwko ludzkości, że dla niego to, co robią Rosjanie, to nic nowego. Nie pierwszy, nie ostatni raz. A Amerykanie w Iraku? – pytał. A Syria wobec syryjskich powstańców, a Majowie w Gwatemali, a Czeczeni w Rosji, a dzisiejsi Ujgurzy w Chinach i Rohindża w Birmie? Dla niego to tylko kolejna opowieść o banalności zła. Kolejny odcinek kolejnego sezonu serialu, który zna dobrze. Ale nie dla mnie. Nie to miało być udziałem mojego pokolenia, a tym bardziej mojego regionu świata, który już to przerabiał. Bo przecież po II wojnie światowej miało być NEVER AGAIN. Nigdy więcej.

Zombie we własnym matrixie

Zacznijmy od kwestii fundamentalnej. Jak powiedział jeden z najlepszych analityków rosyjskiego społeczeństwa Andriej Kolesnikow, ze zlikwidowanego przez władze think tanku Carnegie Moscow, nie ma Rosjanina, który nie wiedziałby o wojnie w Ukrainie i jej potwornościach. Rosyjska telewizja, prasa i kontrolowane przez służby portale "uczciwie" dostarczają drastyczne obrazy zburzonych budynków mieszkalnych, zdjęć masakry w Buczy i Krematorsku, rakiet spadających na główne place ukraińskich miast i martwych ciał porzuconych przy drodze. Chodzi jednak o opowieść, jaką piszą dla tych obrazów. Możecie to sobie również nazwać zarządzaniem informacją lub nadawaniem narracji, to wszystko jedno. Chodzi o to, że rosyjska propaganda nie blokuje dopływu informacji, sama je błyskawicznie dostarcza, ale opowiada po swojemu, grając na najbardziej wrażliwych strunach ludzkich emocji – interpretuje, odwołuje się do lęków i fantazmatów, kreuje wyobrażenia, łączy "fakty" i wywołuje nienawiść, pisząc kolejne rozdziały własnej narracji. A Rosjanie po swojemu tę opowieść przetwarzają. Nie zawsze jeden do jednego, bo według sondażu GroupM wykonanego na zlecenie opozycyjnego portalu Meduza, telewizji ufa jedynie 23 proc. Rosjan. Ale jednocześnie wciąż 78 proc. popiera "specjalną operację wojskową prowadzoną w Ukrainie".

I tu zaczyna się problem, bo musimy przyjąć, że kiedy Rosjanie mówią o wojnie, to mamy do czynienia z istotami z innego wymiaru rzeczywistości, które patrzą na to samo, co my – na martwą Ukrainkę w rowie albo przewrócony rosyjski czołg – ale interpretują ten widok w zupełnie inny sposób. W takim znaczeniu, w jakim trzyletnie dziecko patrzy na laptopa i nie widzi w nim narzędzia do pracy i do robienia internetowych przelewów, ale okienko wyświetlające bajki. Albo w takim, w jakim mieszkaniec Arabii Saudyjskiej może interpretować kamieniowanie cudzołożnicy za karę stosowną do czynu, a nie jako akt barbarzyństwa.

Od razu obalić trzeba paternalistyczny zarzut wobec Rosjan, że nie sprawdzają alternatywnych – a zwłaszcza zagranicznych – źródeł informacji i nie weryfikują tego, co opowiadają im państwowe media. Niestety, ale mało kto tak robi. I nie chodzi tylko o Rosjan.

Czytaj bez ograniczeń

premium

Uzyskaj dostęp do tego artykułu i innych treści specjalnych. Za darmo