Premium

"Jeśli ktoś chce mieć prestiż, musi mieć pieniądze". Czym jest choroba zwana punktozą?

Na polskich uczelniach trwa wyścig o punkty i o pieniądze, które owe punkty zapewniają. Zdaniem niektórych reguły wyścigu zmienił w trakcie gry minister edukacji i nauki Przemysław Czarnek.

W polskiej nauce rodzi się bunt przeciwko działaniom ministra Przemysława Czarnka. To już nie są pojedyncze głosy, to sprzeciw wyrażony oficjalnie przez najważniejsze polskie instytucje naukowe.

Konferencja Rektorów Akademickich Szkół Polskich, Rada Główna Nauki i Szkolnictwa Wyższego, Senat Uniwersytetu Jagiellońskiego, Senat Uniwersytetu Wrocławskiego, kilkanaście komitetów Polskiej Akademii Nauk reprezentujących różne dziedziny nauk humanistycznych - członkowie tych wszystkich gremiów publicznie sprzeciwiają się działaniom ministra.

Naukowcy piszą o łamaniu przez Przemysława Czarnka prawa i przyjętych dobrych obyczajów, a także wzywają do wycofania się z podjętych decyzji. Poza tym "apelują", "wyrażają zaniepokojenie" lub "sprzeciw", piszą też o "względach ideologicznych", jakimi ich zdaniem kieruje się minister przy "dowartościowywaniu niektórych środowisk".

Wykaz niezgody

Przeciwko czemu ten protest? Chodzi o wykaz czasopism, tak zwanych "punktowanych", czyli tych, które uznane są za naukowe. Każdemu z nich przypisuje się liczbę punktów. Te punkty zapisuje się potem na konto autora, który opublikował w nim swoją pracę oraz na konto uczelni, którą autor reprezentuje.

Naukowcy muszą "zbierać" punkty. Do czego ich potrzebują? Do ewaluacji. To kluczowe słowo. Oznacza ocenę przeprowadzaną raz na cztery lub pięć lat przez ministerialne organy. Oceniani są sami naukowcy oraz uczelnie. Naukowiec musi wykazać się odpowiednią liczbą punktów za swoje publikacje. Podobnie uczelnia - w tym przypadku na jej konto zalicza się punkty zatrudnionych w niej badaczy.

Czytaj bez ograniczeń

premium

Uzyskaj dostęp do tego artykułu i innych treści specjalnych. Za darmo