|

"Ta pani nie lubi ludzi". Co się dzieje w Domu Kombatanta?

DPS "Kombatant" na warszawskim Bemowie
DPS "Kombatant" na warszawskim Bemowie
Źródło: bemowo.um.warszawa.pl
"Od lat jesteśmy zastraszani", "wszyscy się jej boją, ale milczą, bo potem mści się" - te mocne oskarżenia padają pod adresem dyrektorki jednego z największych domów pomocy społecznej w Warszawie. Mieszkają tam też powstańcy warszawscy. Skarg pracowników, podopiecznych i ich rodzin jest więcej. Kontrola miasta część zarzutów potwierdziła, ale dyrektorka dostała szansę. Nic to jednak nie dało, o czym osobiście się przekonałam.Artykuł dostępny w subskrypcji

Człowiek, gdy się boi, obmyśla strategię przetrwania.

W DPS "Kombatant" na odprawach najlepiej milczeć, nie patrzeć na dyrektorkę. O nic nie prosić, chyba że to konieczne. Nie dyskutować. Nie rzucać się w oczy, chować po korytarzach. Informować się wzajemnie, że dyrektorka właśnie wchodzi do placówki albo z niej wychodzi. Znaleźć kogoś odważnego, kto zabierze głos w imieniu wszystkich. Nie rozmawiać z podopiecznymi, bo to zakazane. Pamiętać, że dyrektorka sprawdza monitoring i wytknie każdy błąd czy minutę spóźnienia. Brać leki na uspokojenie. Szukać innej pracy.

Witold przez prawie rok był ochroniarzem w DPS "Kombatant". Pokazuje mi zeszyt z notatkami, kilkadziesiąt kartek zapisanych drobnym maczkiem. Gdy zorientował się, co dzieje się w placówce, zaczął notować wszystko, co słyszy i widzi. Żeby nie uciekło. Daty, dialogi, nazwiska.

Czyta:

- dyrektorka korzysta z monitoringu, by szpiegować pracowników;

- stworzyła "czarną listę" osób, które nie mogą wejść do placówki;

- zbyt mała liczba personelu sprawia, że mieszkańcy są niezaopiekowani, w nocy krążą po korytarzach jak zombie.

Jest też zapis rozmowy z kierowcą ambulansu, który przyjeżdżał po pensjonariuszkę na dializy.

- To pani na wózku, która rano powinna mieć w torebce insulinę, śniadanie, powinna być przebrana i przygotowana. Trzy razy mu się zdarzyło, że sam wszedł do budynku, ubrał ją, zapakował na wózek. Była cała w odchodach, nikt z pracowników nie pomyślał, żeby ją przed dializą przebrać. Ale jak tu mieć pretensje do pracowników, których jest za mało i pracują w ogromnym strachu. Problemem tego miejsca jest osoba dyrektorki - opowiada Witold.

Lekarze pogotowia złożyli skargę. Pracownicy tłumaczyli, że mieszkanka musiała zabrudzić się w trakcie transportu.

Witold mówi, że znalazł też stary zeszyt po swoim poprzedniku: - Było tam napisane, że jako ochroniarz ma notować wyjścia pensjonariuszy do toalety. Dlaczego? Bo jeśli któryś nabrudzi, musi po sobie posprzątać. Zszokowało mnie to.

Wspomina też, że już po miesiącu pracy w "Kombatancie" prosił szefa o przeniesienie do innego miejsca.

- Pracowałem w wielu miejscach i nigdy z czymś takim się nie spotkałem. Notowałem, by niczego nie zapomnieć. Wiedziałem, że to trzeba gdzieś zgłosić, że ktoś tym ludziom musi pomóc. Ale bałem się, że nikt ze strachu tego nie potwierdzi.

Czytaj także: