Tak wyglądała interwencja służb w mieszkaniu matki Karola Nawrockiego

Oś czasu działania służb
Jak wyglądała interwencja służb ratunkowych w domu należącym do matki Karola Nawrockiego? Materiał Bartłomieja Ślaka
Źródło wideo: TVN24
Źródło zdj. gł.: TVN24
Jakie informacje dostawały służby? O której godzinie? Dlaczego podejmowały takie, a nie inne decyzje? Dziennikarz TVN24 Bartłomiej Ślak wyjaśnia, jak wyglądała głośna interwencja w domu matki prezydenta Karola Nawrockiego.

W sobotę wieczorem służby po fałszywym zgłoszeniu siłowo weszły do mieszkania w Gdańsku, które - jak podał szef MSWiA Marcin Kierwiński - należy do matki prezydenta Karola Nawrockiego. Informację o wejściu do domu rodzinnego prezydenta przekazał też rzecznik głowy państwa Rafał Leśkiewicz. Stwierdził, że "służby pod nieobecność domowników wyważyły drzwi i weszły do mieszkania".

Jeszcze w nocy odbyła się pilna narada w resorcie spraw wewnętrznych i administracji z udziałem szefów służb. W niedzielę rano miała miejsce odprawa rządu i przedstawicieli służb zwołana przez premiera Donalda Tuska. W poniedziałek szef BBN Bartosz Grodecki oświadczył, że prezydent Nawrocki oczekuje wyjaśnień ws. interwencji.

Interwencja w domu matki prezydenta. Od zgłoszenia do wejścia do mieszkania

Dziennikarz TVN24 Bartłomiej Ślak wyjaśnił, jak wyglądała interwencja służb w Gdańsku.

- O godzinie 19.33 przez aplikację Alarm 112 ktoś wysyła SMS-a o treści "pożar w mieszkaniu, w środku są dzieci". To jest informacja, która musi postawić na nogi dyspozytora, który od razu zareagował - mówił Bartłomiej Ślak.

O 19.34 na miejsce już jechali policjanci, strażacy i załoga karetki.

Oś czasu działania służb
Oś czasu działania służb
Źródło zdjęcia: TVN24

- Straż pożarna stwierdziła, że nie widać oznak pożaru, kiedy zajrzała przez okno, ale nie ma też kontaktu z domownikami. Dzwoniono na domofon, ale tam nikt nie odpowiadał - relacjonował. Była godzina 19.42.

Kilka minut później na numer alarmowy dotarło kolejne zgłoszenie. - Kolejny SMS został wysłany przez aplikację Alarm 112. To była godzina 19.48, czyli 15 minut po pierwszym zgłoszeniu, i to drugie zgłoszenie brzmiało już bardzo poważnie, ponieważ mówiło ono: w mieszkaniu jest człowiek, nie daje oznak życia - opisywał Ślak, pokazując wszystko na osi czasu na dużym ekranie.

Dziennikarz wyjaśnił, że wówczas to strażacy, a nie policjanci, stwierdzili, że "trzeba wyłamać zamki i wejść do środka". - W środku zobaczyli, że nikogo nie ma. Okazało się, że obydwa alarmy były fałszywe. Natomiast pojawia się narracja mówiąca o tym, że to było wejście siłowe, że zostały zniszczone drzwi - mówił.

Dodał, że zamki zostały wyłamane, aby zapewnić wejście strażakom do mieszkania. Zrobili tyle, ile musieli, aby dostać się do środka - podkreślił, prezentując zdjęcia drzwi.

Jak sprecyzował wiceminister resortu spraw wewnętrznych Czesław Mroczek w rozmowie ze Ślakiem, po drugim zgłoszeniu na miejsce zadysponowano kolejną karetkę. Pojawiła się ona na miejscu o 19:57, czyli 15 minut po tym, jak pod adres dotarli strażacy.

W sprawie fałszywych alarmów trwa śledztwo.

OGLĄDAJ: Interwencja u matki prezydenta. "Istotą sprawy jest to, że polskie służby są wprowadzane w błąd"
Ten i inne materiały obejrzysz w subskrypcji
Źródło: TVN24
Czytaj także: