Polska

Ks. Andrzej: Zarzuty są kłamliwe

Polska

sxc.huKs. Andrzej odpiera zarzuty byłych wychowanków

- Żadnego wychowanka nie tknąłem - zapewnił w rozmowie z "Gazetą Wyborczą" ks. Andrzej, oskarżany o molestowanie swoich nastoletnich podopiecznych z Ogniska św. Brata Alberta w Szczecinie. Czuje się skrzywdzony i zamierza dowieść swojej niewinności przed sądem.

Ks. Andrzej twierdzi, że od lat stawiane mu są "całkowicie bezpodstawne zarzuty". Ma dość życia pod ich presją i chce wyjaśnienia tej sprawy nie tylko przez Kościół, ale także przez prokuraturę. - Problem w tym, że minęło dziesięć lat i zarzucane mi czyny się przedawniły. Prokuratura już nie sprawdzi, co się wtedy wydarzyło - dodał założyciel i były dyrektor Ogniska św. Brata Alberta. Zapewnił też, że już "lata temu" sam sugerował oddanie sprawy w ręce prokuratury, mimo to tego nie zrobiono. Teraz ks. Andrzej zamierza dowieść swojej niewinności przed sądem.

Ten, który twierdzi, że miałem z nim rzekomo 30 kontaktów seksualnych, był zagubionym chłopakiem po trzech próbach samobójczych, po ostrym konflikcie z ojcem. Dałem go, by przyuczył się do zawodu stolarza, to zaczął wąchać kleje. Na jednym z wyjazdów w góry dopuścił się kradzieży, zniknął na kilka dni, balował gdzieś w Krakowie. Nie wiem, za co mści się na mnie. Być może chodzi o jego matkę, z którą jest silnie związany emocjonalnie. Matkę zatrudniałem w kuchni, ale musiałem ją zwolnić, bo wynosiła jedzenie w ilościach, których nie mogłem tolerować. Ks. Andrzej

"Świadkowie nie są wiarygodni"

Zdaniem księdza Andrzeja relacje chłopców, rzekomo wykorzystywanych przez niego, są absurdalne. - Żadnego z nich nie tknąłem. Żaden nie jest wiarygodny - twierdzi ksiądz. - Jeden mówi, że go przyjmowałem do schroniska i wtedy miałem go dotykać. Rzecz w tym, że przyjmował go zupełnie inny wychowawca, który jest gotów to poświadczyć. Inny twierdzi, że miałem go wykorzystać w drodze do Wrocławia. Ja nawet nie kojarzę, o kogo chodzi. To prawda, że mam rodzinę we Wrocławiu i w okolicy. Prawda, że czasem jeździłem tam z chłopakami, ale zawsze brałem ze sobą dwóch, a nie jednego. Wykluczone, żebym spał z nastolatkiem sam na sam w jednym pokoju hotelowym. Zarzuty są kłamliwe - stwierdził ks. Andrzej.

Ks. Andrzej: To zemsta za brak awansu

Jednak na pytanie - dlaczego byli wychowankowie z ośrodka mieliby kłamać, ks. Andrzej nie potrafi odpowiedzieć. Jak przypuszcza, mogą być oni być pod wpływem Marka Mogielskiego, byłego wychowawcy z ogniska. To właśnie jego brat, dominikanin Marcin Mogielski spisał zeznania byłych wychowanków. Według oskarżanego księdza, jego byłym współpracownikiem mogła kierować chęć zemsty za to, że nie został kierownikiem jednej z założonych przez ks. Andrzeja placówek. Miał też liczyć na awans dla żony, co również nie nastąpiło. W ocenie ks. Andrzeja Marek Mogielski jest inteligentny i potrafi owijać sobie ludzi wokół palca.

"Mogielski zapomniał, kto go wyciągał z błota"

O bracie swojego byłego współpracownika, Marcinie Mogielskim, ks. Andrzej mówi, że miał on "półroczny romans homoseksualny z wizytatorem przydzielonym do ogniska przez kuratorium". Jak wyjaśnia, sam go wtedy poinformował, że w związku z tym nie może iść do seminarium. - On najwyraźniej zapomniał, kto go wyciągał z tego błota i kto zapłacił za adwokata. Ja mu pomogłem - wspomina.

Kościół chciał tę sprawę "schować pod dywan"?

Sprawę molestowania dzieci przez księdza Andrzeja, założyciela i dyrektora ogniska dla trudnej młodzieży w Szczecinie opisała poniedziałkowa "Gazeta Wyborcza". Dziennik powołał się na wyznania byłych już podopiecznych ośrodka. Do molestowania miało dochodzić na początku lat 90. Według dziennika, chłopcy zwierzyli się wychowawcom, oni zaś w 1995 r. poinformowali o sprawie bp. Stanisława Stefanka, któremu podlegała oświata w archidiecezji. Ten nie uznał ich relacji za wiarygodne i nie porozmawiał z żadnym z chłopców.

Wychowawcy nie dali za wygraną. W 2003 r. ich zeznania i relacje ofiar spisał dominikanin Marcin Mogielski. Jego zwierzchnik o. Maciej Zięba przekazał je obecnemu arcybiskupowi szczecińsko-kamieńskiemu Zygmuntowi Kamińskiemu. Metropolita zajął się sprawą dopiero, gdy wychowawcy zasugerowali, że pójdą do prokuratury. Sąd biskupi przesłuchał tylko dwóch pokrzywdzonych. Ks. Andrzej został odsunięty od oświaty w 2007 roku. Miał naciskać na to ówczesny senator Jarosław Gowin (dziś poseł PO).

Sprawą zajęła się juz prokuratura.

Źródło: Gazeta Wyborcza

Źródło zdjęcia głównego: sxc.hu

Pozostałe wiadomości