Kaczyński przegrał sam ze sobą. Zaplątał się w polskich realiach. Zadryblował między politycznym romantyzmem, każącym mu dążyć do moralnej rewolucji, a cynicznym do bólu pragmatyzmem, który pozwalał mu zawierać dziwaczne układy z Lepperem, z Giertychem, z Rydzykiem. Gdybyśmy jeszcze doczekali korzyści z tych brudnych kompromisów. Ale my tylko zapłaciliśmy cenę za ideały, z których żaden nie zdążył zostać zrealizowany.
I to jest bodaj największy problem Kaczyńskiego. Grał ostro, wywoływał olbrzymie konflikty, balansował na granicy dobrego smaku. Gdyby jednak wygrał, wszystko byłoby mu wybaczone. On tymczasem miał tyle siły, aby wszcząć dziesiątki wojen, a nie miał tych sił odpowiednio dużo, by choć jedną z nich wygrać.
Jednak wbrew temu, co się dziś często pisze, ten rząd nie upada w totalnej niesławie. To nie jest rząd Millera, którego ministrów z Alej Ujazdowskich powinni byli wyprowadzać prokuratorzy. To nie jest też rząd Belki, który wręcz tonął we własnej nieudolności.
Źródło: "Dziennik", tvn24.pl