O godzinie 21.55, kiedy to pojawiłem się na stacji, większość kiosków już dawno nie pracuje. – No nic – pomyślałem – oddam się rozmyślaniom nad sensem życia albo może wymyślę jakiś wpis blogowy. I nagle – zbawienie: nowy sklep sieci One Minute! Nad sklepem szyld „Czynne 5-22”. Uff. Kupię „Przekrój” i ani się obejrzę, a tu stacja Centrum. Uradowany pociągam za klamkę… i nic. Zamknięte. Za drzwiami urocza sprzedawczyni zajęta jest już nie sprzedawaniem, lecz mopowaniem podłogi i zza szyby równie uroczo rozkłada ręce. Spojrzałem na zegar. 21.56. Spojrzałem na szyld. 5-22. Spojrzałem na nią. A ona na mnie już nie, bo wróciła do mopowania.
Teraz już wiem, że to nie żadne One Minute tylko Four Minutes too early. W sumie jednak nie wyszło źle. „Przekroju” nie przeczytałem, ale przynajmniej mam temat do opisania na blogu. A w metrze oddałem się rozmyślaniom nad sensem reklamy sieci pożyczkowej Mandarynka: „Pożyczam, bo lubię”. A to ci dopiero. Bo co lubię – oddawać z procentem?
Wracając jeszcze do One Minute. Niniejszym zbijam pierwszy nieistniejący jeszcze argument: tak, wiem, że pani sprzedawczyni ciężko pracuje i też chce iść do domu. Ale to może oficjalnie skrócić godziny otwarcia? A poza tym, to mały sklepik spożywczy i nawet najbardziej natrętny i niezdecydowany klient nie spędzi tam więcej czasu niż nazwa sklepu razy trzy. A ja chciałem tylko „Przekrój”. Czas transakcji: nazwę sklepu podzielić przez dwa.
No dobrze, piszę już czternaście minut, a założyłem sobie, że mam na to tylko kwadrans, bo się spieszę. Ale wyjdę minutkę wcześniej. Czas się skoń