Justyna Suchecka: Po lekturze twojej książki cały czas zastanawiam się, czy boisz się starości.
Marta Lau: Nie, właściwie już się z nią oswoiłam, nie boję się jej.
Ale przecież starość, o której piszesz, w której człowiek traci pamięć, a wraz z nią często godność, jest przerażająca.
I boję się tego, że starość przyniesie mi to, co widziałam u swoich bliskich: utratę świadomości, zależność od innych, unieruchomienie na wózku.
Ale takiej starości w szerokim aspekcie, o której mówi się najczęściej, czyli gdy skóra traci jędrność, włosy siwieją… takiej się już nie boję.
Mam 47 lat, zaraz będzie 50, potem 60. Dziecko wyfrunie po drodze z gniazda, będzie miało swoje życie. To mnie nie przeraża. Myślę nawet o tym, że może to będzie taki czas, gdy odkryję jakąś nową rzecz do zajmowania się w życiu. W starości widzę więc ciągle pewną nadzieję, kolejną młodość.
Skąd bierzesz tę nadzieję?
Wierzę, że starość w pewnej części zależy od tego, jak sobie na nią zapracujemy. Niektóre rzeczy są od nas niezależne, wiadomo. Ale są takie sprawy, o które możemy dbać i to przez całe życie - na pierwszym miejscu są relacje z ludźmi.
Kiedy mówisz "zapracować", to się może raczej kojarzyć z tym, co powtarzali nam w szkole: oszczędzaniu na starość, płaceniu składek na emeryturę.
A to akurat może być za mało na dobrą starość. Możesz ciężko pracować, odkładać składki i złotówki, ale na koniec dostać marną emeryturę, która nie wystarczy na lekarstwa na serce. Dlatego ta sieć kontaktów i relacji jest taka ważna.
Patrzę na pokolenie moich rodziców - osoby urodzone zaraz po wojnie. To byli często bardzo towarzyscy ludzie. Imprezy, urodziny, imieniny. A potem poszli na emeryturę w czasie tych wszystkich przemian lat 90. Przestali pracować i zaczęli stopniowo wycofywać się z życia. Niby czekali na emeryturę, na której już miało być stabilnie i wspaniale, ale okazało się, że nie jest. Pieniędzy brakuje, zdrowie już nie takie, a relacje się posypały. Nie bez powodu coraz więcej mówimy o depresji osób starszych.