Dwóch członków sił amerykańskich zginęło w trakcie operacji przeciwko tak zwanemu Państwu Islamskiemu w Iraku - poinformowała w poniedziałek armia USA. Oświadczyła, że za śmierć żołnierzy odpowiadają "siły nieprzyjaciela".
Amerykanie, którzy towarzyszyli w misji irackim wojskowym, zginęli w niedzielę. Jak oświadczyło w komunikacie Centralne Dowództwo USA, odpowiadające za działania wojsk amerykańskich na Bliskim Wschodzie, zgodnie z polityką Pentagonu nazwiska poległych zostaną podane do wiadomości publicznej dopiero po zawiadomieniu bliskich. Innych szczegółów wydarzenia komunikat nie zawiera.
W Iraku służy obecnie 5200 amerykańskich żołnierzy.
Realne zagrożenie
Jak ocenia agencja Reutera, śmierć amerykańskich żołnierzy wskazuje, że mimo strat terytorialnych w Iraku i Syrii, dżihadyści z tzw. Państwa Islamskiego wciąż stanowią realne zagrożenie.
W raporcie generalnego inspektora Departamentu Obrony, opublikowanym wcześniej w tym roku, zauważa się, że pomimo śmierci w październiku 2019 roku założyciela i wieloletniego przywódcy Abu Bakra al-Bagdadiego, organizacja nie zaprzestała działalności i dalej przeprowadza ataki. Jak zwrócono uwagę, choć IS nie rośnie w siłę, "nie straciło zdolności przemieszczania się, a także ukrywania i transportowania swoich bojowników oraz zapasów na pustynnym i górzystym terytorium Iraku".
"IS w Iraku ma wciąż wystarczające zasoby ludzkie i zdolność planowania, aby przeprowadzać regularne ataki na małą skalę. Niekiedy udaje się im dostać do centrów miast, ale nie dążą do utrzymania terytorium" - ocenił w swoim raporcie inspektor generalny Pentagonu.