Świat

"Przecięli dach naczepy. Byliśmy zdani na ich łaskę"

Świat

Aktualizacja:
"Droga przez piekło". Reportaż Wojciecha Bojanowskiego
tvn24Migranci desperacko usiłowali dostać się do Wielkiej Brytanii

Bezsilni kierowcy i coraz bardziej zdesperowani imigranci. Jeszcze niedawno w pobliżu francuskiego Calais co noc odbywała się bezwzględna walka. Jej kulisy przedstawił w reportażu "Droga przez piekło" Wojciech Bojanowski.

W poniedziałek rozpoczęła się ewakuacja położonego w zachodniej części Calais obozowiska nazywanego "dżunglą". Choć władze informują, że likwidacja zakończyła się sukcesem, organizacje humanitarne i dziennikarze ostrzegają, że setki dawnych mieszkańców mogły uciec, by uniknąć relokacji do ośrodków w innych miejscach Francji.

Lokalizacja obozu nie była przypadkowa. Imigranci o nieuregulowanym statusie stanowią nieodłączną część Calais od ponad 15 lat. Trafiały tu osoby uciekające m.in. z Kosowa, Afganistanu, Syrii, Iraku czy Rogu Afryki.

Obozowisko zaczęło się rozrastać dwa lata temu, zyskując w końcu swoją niechlubną nazwę. Według lokalnych władz w "dżungli" przebywało około 6,5 tys. osób. Wiele z nich uciekło przed kryzysami humanitarnymi w Afryce czy na Bliskim Wschodzie. W "dżungli" panowały bardzo trudne warunki, a mieszkańcy Calais skarżyli się, że obecność migrantów coraz bardziej paraliżuje życie codzienne i gospodarcze regionu. Większość mieszkańców obozowiska planowała nielegalnie przedostać się do Wielkiej Brytanii. Najczęściej usiłowali wykorzystać w tym celu ciężarówki zmierzające każdego dnia na Wyspy. Polscy kierowcy na własnej skórze odczuli skutki ataków. Rozmawiał z nimi reporter "Faktów" TVN Wojciech Bojanowski.

"Dla mnie to jest dzicz"

Jednym z nich jest Mirosław Ferenc, który na Wyspy jeździ prawie co tydzień. Regularnie wozi części samochodowe między fabrykami z Gliwic i Ellesmere Port w Wielkiej Brytanii. We wrześniu przysłał na Kontakt24 film dokumentujący atak na jego ciężarówkę.

- Dla mnie to jest dzicz - mówi o budujących blokady na autostradzie migrantach. - Inaczej się tego nie da nazwać - dodaje.

Karol Bogusiewicz wozi części samochodów głównie między Wielką Brytanią a Niemcami. Został zaatakowany w tym samym miejscu co Mirosław Ferenc. - Pojawiają się znikąd, zaczyna się od jednego, jeden wychodzi i robi się ich dwudziestu - mówi o migrantach.

- Na początku kabina dostała kamieniem i zwolniłem - relacjonuje. - Chcieli dostać się do środka, mieli pałki, klucze do kół, klucze francuskie. Po prostu nie zatrzymałem się i to mnie chyba uratowało. Nie wyobrażam sobie spotkania z całą bandą, że tak ich nazwę, emigrantów - mówi.

Bogusiewicz przyznaje, że najgorsze momenty to te, kiedy widzi przed sobą płonące barykady. - Ogień jest najgorszy - tłumaczy. - Przez gałęzie da radę przejechać, ale jeżeli wiozę towar łatwopalny, a widzę barykadę, która płonie, to już nie bardzo. Trzeba uważać - podkreśla.

"Czujemy, jakbyśmy jechali na wojnę"

Aleksandra Pieślak w trasy jeździ z mężem Piotrem. Zmieniają się za kierownicą, dzięki czemu są w stanie wspólnie pokonać dłuższe dystanse w znacznie krótszym czasie.

Wojciechowi Bojanowskiemu Pieślak opowiada o ataku, którego doświadczyli. - Na autostradzie wyrzucone były gałęzie, podpalone. Przed tą blokadą kilku zamaskowanych mężczyzn z wielkimi kijami. Słyszę ich, widzę, słyszę te ich wrzaski i słyszę też bardzo mocne bicie swojego serca - wspomina. - Wszystko dzieje się jak w zwolnionym tempie - dodaje.

- Zatrzymali nas, z pobocza wybiegło kilkudziesięciu emigrantów, jeszcze kilku zamaskowanych napastników i to oni dyrygowali tymi migrantami - opowiada. - Powiedzieli im, kiedy mają wsiadać, zaczęli wspinać się z tyłu na ciągnik, wskakiwali tyłem kabiny, przecięli dach naczepy, dostali się do środka, cały czas coś krzyczeli, wrzeszczeli, złożyli nam lusterka, jedno tak mocno uderzyli, że ono wypadło, stłukło się - relacjonuje. - Wtargnęli w ten sposób, my nie mieliśmy żadnej szansy ucieczki. Musieliśmy grzecznie stać, byliśmy zdani na ich łaskę - przyznaje.

Jak mówi kobieta, kierowcom podróżującym przez Calais towarzyszy przerażenie. - Czujemy, jakbyśmy jechali na jakąś wojnę, zdani sami na siebie. Siedzimy w środku nocy i wypatrujemy oboje, czy gdzieś tam w oddali nie widać kolejnej blokady, czy ktoś nie rzuca kamieniem, nie wyrzuca gałęzi - opowiada. - Oni robią, co tylko mają ochotę. Siedzę, trzymam w ręce nóż, gdyby ewentualnie któryś wybił szybę - mówi. - Jeżeli ja zrobię jakikolwiek fałszywy ruch, wiem, że oni mnie dopadną, nie mam szansy przejechać przez ogień - dodaje.

Wielka Brytania "to lepsze życie"

Większość z mieszkańców "dżungli" ma na koncie nawet kilkanaście prób nielegalnego przekroczenia granicy. Próbowali do skutku, czasem każdej nocy. Jeśli zostali złapani, trafiali z powrotem do obozu.

Co mógł zrobić kierowca, do którego samochodu dostali się migranci? - Trzeba zgłosić to odpowiednim służbom, wjechać na tzw. stodołę. Tam już celnicy po prostu ich wyciągną. Potem wypuszczą - opowiada Karol Bogusiewicz.

"Stodoła" to znajdujący się w porcie skaner, gdzie trafiają kierowcy napadnięci na autostradzie. Ale migranci i na to znaleźli sposób. Kiedy tir, do którego udaje im się wsiąść staje w korku lub w kolejce, przesiadają się do innej ciężarówki. W ten sposób wzrasta szansa na to, że nieświadomy kierowca nie przejedzie przez skaner.

Samochody przeszukiwane są także w Dover w Wielkiej Brytanii. Jeśli w ciężarówce zostanie znaleziona osoba, która nielegalnie przekroczyła granicę, kierowców czeka kara. Jak mówi Mirosław Ferenc, nawet 2,5 tys. funtów. Dlaczego perspektywa przedostania się na drugi brzeg jest tak atrakcyjna? - Dla nich Wielka Brytania to kraina mlekiem i miodem płynąca. To lepsze życie. Część ma tu już rodzinę i przyjaciół, im się już udało, więc chcą do nich dołączyć - wyjaśnia Richard Burnett z Brytyjskiego Stowarzyszenia Transportu Drogowego.

Autor: kg//rzw/adso / Źródło: tvn24

Tagi:
Raporty: