Premium

W ornat się ubrał i na mszę dzwoni

Zdjęcie: Getty Images

Prezydent Rosji Władimir Putin postanowił zostać liderem światowego konserwatyzmu. Ten były oficer sowieckiego KGB, przywiązany do etosu służby, która była odpowiedzialna za systematyczne prześladowania i mordy duchownych i świeckich, zarówno prawosławnych, jak i innych wyznań, rozwodnik, któremu media przypisują liczne kochanki i nieślubne dzieci, człowiek, który ma problem, aby prawidłowo się przeżegnać i któremu niektórzy złośliwi krytycy insynuują przeszłe "nietradycyjne" zachowania seksualne, nie przypadkiem aspiruje do takiej roli.

21 października 2021 roku na organizowanym dorocznie Forum Wałdajskim - imprezie, na którą zapraszani są wybrani przez Kreml zagraniczni eksperci, aby dyskutować o problemach współczesnego świata - Putin wygłosił wystąpienie zawierające manifest "rozumnego konserwatyzmu".

Faza lekkiej paniki

Liderem światowego konserwatyzmu nie chce zostać po raz pierwszy. Były takie próby już w 2012 roku, niedługo po tym, jak wrócił - po kilkuletniej przerwie - na obdarzone potężną formalną i nieformalną władzą stanowisko prezydenta Rosji. Był to czas szczególny i dla Putina nieprosty. Krótkie formalne rządy jednego z jego współpracowników Dmitrija Miedwiediewa (2008-2012) rozbudziły w aktywnej części rosyjskiego społeczeństwa, zwłaszcza klasie średniej z dużych miast, autentyczne nadzieje na realizację oficjalnego hasła modernizacji kraju i ekonomizacji jego polityki zagranicznej.

Ten krótki współczesny odpowiednik radzieckiej Nowej Polityki Ekonomicznej z lat 20. XX wieku (okresu "liberalizacji" systemu totalitarnego w ZSRR) zakończył się symbolicznie we wrześniu 2011 roku. Wówczas Władimir Putin ogłosił, że w wyniku "porozumienia" z prezydentem Miedwiediewem dojdzie do kolejnej roszady - i on, były prezydent pełniący dotąd funkcję premiera, będzie ponownie kandydować na stanowisko prezydenta w wyborach w marcu 2012 roku. Wywołało to falę rozgoryczenia i rozczarowania w części rosyjskiego społeczeństwa, które ujawniło się z całą mocą w spontanicznych demonstracjach ulicznych, jakie zaczęły się - głównie w Moskwie - po wyborach parlamentarnych w grudniu 2011 roku.

Na pierwszy rzut oka powodem było sfałszowanie wyników wyborów na korzyść "partii władzy" Jednej Rosji. Fałszerstwo to nie odbiegało w rzeczywistości od rosyjskiej normy (wówczas do 20 procent sfałszowanych głosów), ale stało się zapalnikiem społecznych emocji. W kolejnych dniach, tygodniach i miesiącach na ulice Moskwy wychodziły - ku zaskoczeniu i zaniepokojeniu Kremla - dziesiątki tysięcy ludzi. Po fazie lekkiej paniki Kreml doszedł do wniosku, że najlepszą taktyką jest przeczekanie protestów, które - o czym świadczą wypowiedzi członków rządzącej elity - zostały uznane za efekt kolejnej (po wcześniejszych "kolorowych rewolucjach" na obszarze postradzieckim) operacji specjalnej zorganizowanej przez USA i jej służby specjalne, a w istocie - za nieudany zamach stanu. 

Czytaj bez ograniczeń

premium

Uzyskaj dostęp do tego artykułu i innych treści specjalnych. Za darmo