Premium

900 kilometrów bez pilota. MiG-23 wystartował z Polski i rozbił się w Belgii

Zdjęcie: Google Maps

W dowództwie lotnictwa NATO niedowierzanie. Sowiecki MiG-23 wleciał w przestrzeń powietrzną Sojuszu Północnoatlantyckiego. Alarmowo startują amerykańskie myśliwce F-15. Ich piloci meldują jednak, że w kokpicie nie ma człowieka. Co robić? Zestrzelić? Tylko gdzie spadną szczątki? Czas ucieka, a intruzowi najwyraźniej skończyło się paliwo.

Podobnie jak tragedia w Przewodowie koło Hrubieszowa na Zamojszczyźnie, w której zginęło dwóch Polaków, to będzie historia o tym, że maszyny, jeśli już wymkną się spod kontroli, to nie znają granic międzypaństwowych. Przy wydarzeniach sprzed miesiąca - jak wskazują oświadczenia polskich władz - mieliśmy do czynienia z rakietą przeciwlotniczą, która nieszczęśliwie spadła na polskie terytorium kilka kilometrów od granicy. Do zdarzenia doszło we wtorek 15 listopada, gdy Rosjanie odpalili około stu pocisków, co było największym atakiem od 24 lutego, czyli od początku rosyjskiego najazdu. Ukraińcy utrzymują, że broniąc się, strącili większą część wrogiej salwy. Niestety, jedna z wystrzelonych przez nich antyrakiet spadła w Polsce i doprowadziła do tragedii.

Nie ma jednak wątpliwości, że ostateczna odpowiedzialność spada na Rosję, która atakuje Ukrainę, a ta z kolei tylko się broni.

To nie jest pierwszy raz, gdy dzieło sowieckich inżynierów wymknęło się spod kontroli, przekroczyło granicę i zabiło człowieka. Pod sam koniec zimnej wojny lotnictwo ZSRR odebrało życie 19-letniemu Belgowi. Stało się to w jego własnym domu, ponad 900 kilometrów od lotniska, gdzie zaczął się lot.

Samolot ten wystartował z Polski, ale próżno było szukać na jego kadłubie biało-czerwonej szachownicy. Należał do 871 pułku będącego częścią rozmieszczonej w Polsce Północnej Grupy Wojsk Armii Radzieckiej. Stacjonował na lotnisku Bagicz nieopodal Kołobrzegu, nad samym morzem, po wschodniej stronie miasta.

Był 4 lipca 1989 roku, tak jak w dniu tragedii w Przewodowie – wtorek. Do wycofania się wojsk radzieckich, a potem rosyjskich z Polski zostały jeszcze cztery lata. Tymczasem na lotnisku Bagicz trwała krzątanina. Od wczesnego ranka loty szkolne.

Raczej nikt nie zastanawiał się nad tym, że w południe w Warszawie po raz pierwszy zbierze się Sejm, który historycy nazwą potem kontraktowym, a o godzinie 17 - Senat, pierwszy w Polsce po drugiej wojnie światowej, w dodatku taki, w którym komuniści nie mają ani jednego przedstawiciela.

Czytaj dalej po zalogowaniu

premium

Uzyskaj dostęp do treści premium za darmo i bez reklam