Mięso, krew i wnętrzności dzików. "Bardzo wysokie ryzyko rozprzestrzeniania się epidemii"

Polska

tvn24Ochrona przed ASF. Kto za co odpowiada?

Wszystko zaczęło się od nagrania, na którym pokazane były zabite jelenie, rzucone na stertę w chłodni. Jego tropem reporterzy pojechali do lasu w Sosnowiku - wsi położonej w Puszczy Knyszyńskiej na Podlasiu, na terenie nadleśnictwa Krynki. Im głębiej reporterzy wchodzili w ten las, tym bardziej okazywało się, jak wielką fikcją jest ochrona przed ASF, czyli afrykańskim pomorem świń. Materiał "Czarno na białym" w TVN24.

Bogusław Pilcicki jest myśliwym, członkiem Koła Łowieckiego Struga w powiecie sokólskim. Polują w nim również myśliwi z okolic Grójca i Warszawy. To właśnie przy granicy z Białorusią, niedaleko Sokółki, po raz pierwszy potwierdzono obecność wirusa ASF w Polsce i nadal pojawiają się tam kolejne przypadki choroby.

Nagranie z polowania

To od Bogusława Pilcickiego dziennikarze otrzymali nagranie z polowania hubertowskiego, które odbyło się pod koniec października. Zastrzelono wówczas dwa dziki i siedem jeleni. Potem zostały przywiezione do zagrody koła łowieckiego. Na nagraniu można zobaczyć stojące obok siebie dwie chłodnie - jedna należała do myśliwych, druga miała służyć do izolowania zastrzelonych dzików podejrzanych o ASF.

Ze zdjęć chłodni zrobionych już po interwencji dziennikarzy widać, że są przedzielone płotem i do każdej z nich prowadzi oddzielne wejście. Gdy reporterzy "Czarno na białym" rozpoczynali swoje śledztwo, nie było płotu odgradzającego chłodnie od siebie, a do zagrody prowadziło tylko jedno wejście. To dokładnie widać na nagraniu Bogusława Pilcickiego.

"To skutkuje bardzo wysokim ryzykiem rozprzestrzeniania się epidemii"

Zastrzelone jelenie zostały umieszczone w chłodni koła łowieckiego, choć wcześniej w tym samym miejscu patroszono dziki, co zdaniem myśliwego jest rażącym złamaniem zasad ochrony.

- Te jelenie nie mogą się nawet zbliżać do chłodni z dzikami, a już nie mówiąc o tym, że nie mogą być razem wciągane w miejsca, gdzie są patrochy [wnętrzności, pozostałości po patroszeniu - przyp. red.] dzików lub obok, w tej samej zagrodzie, gdzie są tusze dzików - wyjaśniał Pilcicki.

Zanim jelenie umieszczono w chłodni, dwie godziny wcześniej w tym samym miejscu wypatroszono dwa dziki. Pozostały jeszcze po nich ślady krwi, z którymi jelenie musiały mieć styczność. Co do tego, że w tym przypadku zostały złamane zasady, nie ma wątpliwości Tomasz Zdrojewski z koalicji organizacji ekologicznych "Niech Żyją!".

- To skutkuje bardzo wysokim ryzykiem rozprzestrzeniania się epidemii, dlatego że resztki krwi dzika, wydzieliny tego dzika, które zostały na skórze i na futrze jeleni, mogą w ten sposób trafić w inne miejsca, być może do innej chłodni i wtedy sytuacja zupełnie wymyka się spod kontroli - ocenił.

Zdaniem aktywisty takie złamanie zasad w czerwonej strefie ASF jest jednocześnie złamaniem prawa.

- Nawet specjalne instrukcje dla myśliwych zawierają informację o tym, że jeżeli myśliwi nie będą przestrzegać zasad bioasekuracji, popełniają tym samym przestępstwo - zwrócił uwagę. Grozi za to kara grzywny lub nawet do trzech lat więzienia.

"Osoby, które zwracały na to uwagę, były ciągle piętnowane"

Według innego rozmówcy "Czarno na białym" nie jest to jednostkowy przypadek w tym kole łowieckim. W ciągu ostatnich pięciu lat - jak mówił członek koła - zasady ochrony przed ASF były łamane notorycznie.

- Zdarzało się, że przy dziku ktoś wstawiał łby jelenie, ktoś suszył grzyby czy przetrzymywał w chłodni razem z dzikami lub przetrzymywał tam jedzenie, które potem było podawane na imprezach myśliwskich - powiedział Bogusław Pilcicki. - Zwracanie uwagi na tę kwestię zazwyczaj kończyło się tym, że nie dość, że było to lekceważone, to potem osoby, które zwracały na to uwagę, były ciągle piętnowane. I tak jest do tej pory - podkreślił.

Co prawda grzyby, bigos czy jelenie, nawet gdy mają styczność z zarażonymi dzikami, nie powodują zagrożenia wirusem ASF dla ludzi, ale przyczyniają się do przenoszenia tej choroby, która naraża Polskę na miliardowe straty.

Tam, gdzie pojawia wirus, całkowicie likwidowana jest hodowla świń, nawet tych zdrowych. Żeby bronić się przed rozprzestrzenianiem się choroby, rząd wprowadził rygorystyczne obostrzenia sanitarne nazwane w skrócie bioasekuracją.

Ochrona przed ASF. Kto za co odpowiada?

W imieniu ministra rolnictwa walkę z afrykańskim pomorem świń koordynuje państwowa inspekcja weterynaryjna na czele z Głównym Lekarzem Weterynarii, który nadzoruje wojewódzkich i powiatowych lekarzy.

- Przypadków choroby jest, niestety, cały czas sporo i dlatego przestrzeganie zasad bioasekuracji jest dla nas ważne - przekonywał zastępca głównego lekarza weterynarii Mirosław Welz.

Z kolei minister środowiska sprawuje nadzór nad Polskim Związkiem Łowieckim. To myśliwi są odpowiedzialni za tak zwany sanitarny odstrzał dzików, czyli masowe odstrzeliwanie tych zwierząt po to, aby nie przenosiły wirusa.

Myśliwych wspiera również minister rolnictwa, który zakupił chłodnie kołom łowieckim polującym w strefach występowania ASF. W tych chłodniach mogą być przetrzymywane tylko ustrzelone dziki wraz z ich wnętrznościami. Do momentu zbadania, czy są zarażone lub nie, chłodnie z tuszami dzików powinny być szczelnie zamknięte i zaplombowane.

Tak wygląda systemowa sieć powiązań państwowych i prywatnych instytucji, odpowiedzialnych za ochronę przed ASF - przynajmniej w teoriitvn24

Sanitarną kontrolę nad kołami łowieckimi sprawują powiatowi lekarze weterynarii. Jeżeli uznają, że ustrzelone dziki są zdrowe, wtedy te trafiają do skupu i dalej do zakładów mięsnych. Tusze dzików zarażonych powinny być utylizowane przez specjalistyczne firmy.

Z kolei nad prawidłowym przebiegiem polowań czuwają nadleśnictwa podległe Ministerstwu Środowiska. Gdy jednak ktoś łamie przepisy o ochronie przed wirusem, wtedy prawo egzekwuje policja i wymiar sprawiedliwości. Tak wygląda - przynajmniej w teorii - systemowa sieć powiązań państwowych i prywatnych instytucji, odpowiedzialnych za ochronę przed ASF.

"Myślistwo to jest koleżeństwo, a koleżeństwo to nie jest podejrzliwość"

Czy ten system działa w praktyce, dziennikarze sprawdzili po otrzymaniu niepokojących sygnałów z Koła Łowieckiego Struga.

Już dwa lata temu Bogusław Pilcicki informował zarząd swojego koła o łamaniu zasad. Pokazywał też zdjęcia, na których można było zobaczyć, że w chłodni obok łba jelenia i wiszącego dzika przechowywano grzyby. Dowodem, że Pilcicki interweniował w tej sprawie, jest nagranie z października 2017 roku z posiedzenia zarządu Koła Łowieckiego Struga.

Na nagraniu można usłyszeć, jak Pilcicki mówi, że "to, co się wyprawia u nas w chłodni, która należy do weterynarii i co się dzieje, razem z dzikami, jak z łbami byków i grzybami wiszą dziki". Na te zarzuty jeden z członków zarządu odpowiada krótko: - Damy radę.

Drugi deklaruje, że "może na to popatrzeć". - Jak doskonale wiesz, z patrzenia i widzenia to jeden ci powie, że to jest burdel, a drugi ci powie, że to jest pasztet z grzybami - odpowiadał myśliwemu jeden z członków zarządu koła łowieckiego.

Inny członek zarządu stwierdził, że "jeżeli te zarzuty są prawdziwe, będziemy musieli zawiadomić i straż łowiecką, i policję", ale na uwagę Pilcickiego, że do tej pory nikogo nie zawiadamiano, usłyszał, że "myślistwo to jest koleżeństwo, a koleżeństwo to nie jest podejrzliwość, szukanie dziury w całym".

- To tylko wywoła niechęć pozostałych członków tego koła. Jeżeli jest choć część prawdy w tym, co mówisz, to jest cholernie źle - powiedział na nagraniu jeden z członków zarządu koła łowieckiego.

W tym momencie Marek K., który prowadzi polowania i pełni funkcję strażnika leśnego stwierdził, że "żaden z tych zarzutów się nie potwierdzi".

- Mamy takie wsparcie, taką ocenę działalności. Na dzień dzisiejszy myślę, że nawet mimo tych uchybień, które mogą się okazać, a jak to zobaczymy, wyratujemy się - zapewniał jeden z członków koła.

- Nie były żadne konsekwencje wyciągnięte. Wręcz odwrotnie. Ja w pewnym momencie dostałem od zarządu koła pismo, w którym miałem przepraszać te osoby za to, że w ogóle śmiałem powiedzieć o tym głośniej na zarządzie, że takie rzeczy się dzieją - tłumaczył Pilcicki.

Myśliwi zapewniali, że przestrzegają zasad ochrony przed przenoszeniem wirusów

Rok temu, gdy w kilku województwach odbywały się odstrzały sanitarne na zlecenie rządu, myśliwi z tego samego koła pokazywali dziennikarzom, że ściśle przestrzegają zasad ochrony przed przenoszeniem wirusów. - Tam jest odpowiednio przygotowane miejsce ze środkami do odkażania, są worki przygotowane i pakiety bioasekuracyjne - zapewniał wtedy Marek Pudełko, który jest jednocześnie członkiem zarządu w Kole Łowieckim Struga i Naczelnej Rady Łowieckiej, która sprawuje nadzór nad wszystkimi kołami w Polsce.

Dzisiaj Marek Pudełko nie odbiera od dziennikarzy telefonu ani nie odpisuje na wiadomości.

- Jeżeli dzik zostanie pozyskany, z miejsca zastrzelenia jest przewożony pod chłodnię. Tutaj jest odgrodzony teren do bioasekuracji - mówił w styczniu Marek K., strażnik leśny prowadzący polowania.

Po ujawnieniu nieprawidłowości wycofał zgodę na podawanie swoich danych i wizerunku

Gdy rok temu Marek K. pokazywał dziennikarzom, jak powinno przebiegać wzorcowe polowanie sanitarne, występował przed kamerą z twarzą i nazwiskiem. Teraz, po ujawnieniu nieprawidłowości, wycofał zgodę na podawanie swoich danych i wizerunku.

To on podczas polowań zwykle odpowiada za przestrzeganie zasad ochrony przed ASF. Odpowiada między innymi za prawidłowy przebieg polowań. Na co dzień jest strażnikiem leśnym w nadleśnictwie, na którego terenie działa Koło Łowieckie Struga.

- Jelenie były wciągane przez pomocników na wniosek prowadzącego polowanie - powiedział Pilcicki. Na stwierdzenie reportera, że Marek K. może zasłaniać się tym, iż nie miał o tym pojęcia, myśliwy stwierdza, że "Marek K. zasłania się od wielu lat różnymi sprawami".

- Podejrzewam, że tutaj też tak będzie - dodał.

Siedziba nadleśnictwa Krynki i jelenie przechowywane w niedozwolonym miejscu

Reporter "Czarno na białym" pojechał do siedziby nadleśnictwa Krynki. To na terenie tego nadleśnictwa poluje Koło Łowieckie Struga i to tutaj jako strażnik leśny pracuje mężczyzna odpowiedzialny za ochronę podczas polowań przed wirusem ASF.

Marek K. zapewniał, że w chłodni, która jest przeznaczona na dziki, są tylko dziki. - A w drugiej to jest nasza prywatna chłodnia. Tam możemy wszystko trzymać. Jak ktoś na przykład sobie jelenia upoluje, to zanim [pójdzie - przyp. red.] do skupu czy na użytek własny, to przetrzymuje w chłodni. Tak było zawsze przyjęte - przekonywał.

Mężczyzna potwierdził, że upolowane jelenie znalazły się w strefie przeznaczonej tylko dla dzików. I że jest to normą. Po chwili jednak zaczął wycofywać się z tych słów.

- Z racji tego, że jest ASF, to tych jeleni tam się nie trzyma. Nie trzymamy tam jeleni. Tamta druga chłodnia jest niewłączona. Ona jest w ogóle stara i już niedziałająca - powiedział. Zapytany, czy w momencie, gdy jest czerwona strefa ASF, można przetrzymywać jakieś inne zwierzęta, odpowiada po dłuższym zastanowieniu, że myśliwi w nieczynnej chłodni "przechowują tylko wnętrzności dzików".

Myśliwy odpowiedzialny za przebieg polowania w końcu przyznał, że jelenie były przechowywane w niedozwolonym miejscu i było to złamaniem zasad. - Ja nikogo nie powiadamiałem - przyznał Marek K.

Komendant Straży Leśnej: to jest sprawa koła

Komendanta Straży Leśnej w nadleśnictwie Krynki i jednocześnie przełożonego myśliwego z Koła Łowieckiego Struga dziennikarze zapytali o przypadki łamania zasad ochrony przed rozprzestrzenianiem się wirusa afrykańskiego pomoru świn.

- Nie wypowiadam się w tej kwestii. Do Straży Leśnej należy przede wszystkim poprawność wykonywania polowania. Zgodność z prawem - ocenił. Zapytany, czy zajmuje się pilnowaniem, czy bioasekuracja je prowadzona w prawidłowy sposób, odpowiada, że "to już jest sprawa koła".

Wbrew temu, co reporterzy usłyszeli od komendanta Straży Leśnej, w piśmie kierowanym do ministra środowiska Dyrekcja Generalna Lasów Państwowych wyraźnie stwierdza, że leśnicy prowadzą działania zapobiegające rozprzestrzenianiu się wirusa ASF na terenach, którymi zarządzają.

"Prawdopodobnie było złamanie zasad bioasekuracji"

Dlatego reporterzy "Czarno na białym" o sprawę postanowili zapytać nadleśniczego. Zastępca nadleśniczego, który jednocześnie nadzoruje Straż Leśną i koło łowieckie, początkowo nie był zainteresowany rozmową z dziennikarzami.

Po nagraniu rozmowy zastępca nadleśniczego odmówił jej autoryzacji. W rozmowie przyznał jednak, że w związku z wrzuceniem upolowanych jeleni do chłodni, gdzie wcześniej były patroszone dziki, mogło dojść do złamania zasad ochrony przed ASF.

Jelenie z chłodni koła łowieckiego w Sosnowiku przetransportowano 20 kilometrów dalej do podlaskiej wsi Wierzchlesie, gdzie znajduje się chłodnia firmy przetwarzającej i sprzedającej dziczyznę.

Mężczyzna, który prowadzi skup dziczyzny przyznaje, że jako myśliwy brał udział w polowaniu z Kołem Łowieckim Struga, choć oficjalnie nie jest jego członkiem. Nie chciał się potwierdzić, że jelenie były przechowywane razem z wnętrznościami i krwią dzików.

- Ze zbiorówki przywieźli, położyli na pokot i z pokotu do mnie do chłodni - powiedział. Zapewnił, że nie pozwoliłby przechowywać jeleni w chłodni w Sosnowiku. - To jest po prostu podwórko ogrodzone - dodał.

Reporter pokazał mężczyźnie nagranie, na którym widać jelenie przechowywane w chłodni. W tej samej chłodni, o której chwilę wcześniej sam powiedział, że nie pozwoliłby na przechowywanie w niej zwierząt. Mówił, że "ktoś musiał na to wyrazić zgodę, żeby wrzucili tam [jelenie - red.]". Dopytywany, kto wyraził taką zgodę, odparł: - Prowadzący.

Mężczyzna prowadzący skup dziczyzny zapewnił, że nie był świadomy tego, że otrzymane jelenie znajdowały się wcześniej w chłodni. - Nikt mi nic na ten temat nie powiedział - przekonywał.

Zapytany o nadzór weterynaryjny nad polowaniami prowadzący skup stwierdza, że nigdy nie widział żadnego weterynarza i wskazuje, że weterynarze byli obecni przy odbiorze zwierząt przy jego chłodni. - Było to dwa lata temu - dodał.

Co najmniej od pięciu lat wiedział o nieprzestrzeganiu zasad przez myśliwych

Bezpośrednią kontrolę nad tym, jak koło łowieckie przestrzega zasad ochrony przed wirusem ASF sprawuje Powiatowy Lekarz Weterynarii w Sokółce. - Nie stało się nic, bo nie mamy sygnałów, że jakieś dziki były chore - tak tę sytuację ocenił Grzegorz Klocek, który nadzoruje to koło jako zastępca Powiatowego Lekarza Weterynarii. W pewnym sensie nadzoruje też sam siebie, bo też jest myśliwym w Kole Łowieckim Struga.

- Jestem trzydzieści lat myśliwym w kole Struga w Sosnowiku - przyznał. Jeszcze przed pokazaniem nagrania z jeleniami w chłodni zapewniał że w czerwonej strefie ASF zasady ochrony są ściśle przestrzegane, czyli że ustrzelone dziki nie mają kontaktu z innymi zwierzętami.

- Przy zasadach bioasekuracji chodzi o to, by inna zwierzyna przed wyjazdem na skup nie miała kontaktu z dzikami jeszcze niezbadanymi - stwierdził i przyznał, że trudno jest skontrolować, czy myśliwi podczas polowania za wiedzą i zgodą prowadzącego łamią zasady bioasekuracji, bo lekarz weterynarii nie bierze udziału w polowaniach.

- O tych grzybach to ja słyszałem, że to było pięć lat temu – powiedział Grzegorz Klocek. - Kolega Bogusław Pilcicki mi o tym mówił. Zwróciłem uwagę myśliwym, że taka rzecz nie może mieć miejsca - dodał. Zastępca Powiatowego Lekarza Weterynarii przyznaje, że co najmniej od pięciu lat wiedział o nieprzestrzeganiu zasad przez myśliwych.

Wojewódzki Lekarz Weterynarii: nie docierały do mnie takie informacje

Za walkę z ASF na Podlasiu odpowiada Wojewódzki Lekarz Weterynarii Andrzej Czerniawski. Bezpośrednio nadzoruje powiatowych lekarzy weterynarii z Sokółki, którzy z kolei odpowiadają za kontrolę Koła Łowieckiego Struga.

- Jeżeli są polowania, przy chłodni zawsze powinno być miejsce, żeby wypatroszyć tę zwierzynę i to miejsce powinno być dokładnie zdezynfekowane. Wtedy powiatowy lekarz weterynarii po zaplombowaniu chłodni wysyła próbki do badań. I cała chłodnia jest zablokowana w tym momencie, dopóki się nie otrzyma wszystkich wyników ujemnych dzików, które są w tej chłodni - poinformował Andrzej Czerniawski.

Podlaski Wojewódzki Lekarz Weterynarii nie krył zdziwienia, gdy dziennikarze pokazali mu,, jak według myśliwych w praktyce wygląda ochrona przed ASF.

- Nie słyszałem, powiem szczerze. Nie docierały do mnie takie informacje, że coś takiego się dzieje. Że tak wygląda miejsce koło chłodni, że jest niezabezpieczona krew. Nie widzę tu żadnego sprzątnięcia tego. Nie wiem, czy jest tutaj dezynfekcja, bo trudno na tych zdjęciach to zobaczyć. No, ale to co mi pan pokazał, jest niedopuszczalne - uważa.

"Jest tam telewizja TVN i chce się z nami spotkać"

Wojewódzki Lekarz Weterynarii zlecił natychmiastową kontrolę chłodni. Zanim dojechał na miejsce, był tam już Paweł Mędrek - Powiatowy Lekarz Weterynarii z Sokółki wraz ze swoim zastępcą Grzegorzem Klockiem. Obydwaj stwierdzili, że nikt nie zlecił im kontroli.

- Prosili, żebyśmy przyjechali do Sosnowika na domek, ponieważ jest tam telewizja TVN i chce się z nami spotkać. Taką uzyskałem informację telefoniczną - mówił Mędrek.

Dopytywany, czy nie przyjechali na interwencję w związku z tym, że są łamane zasady bioasekuracji w chłodniach, tylko dlatego, bo usłyszeli, że TVN tam będzie, odpowiedział: - Może i pan redaktor tak rozumować, właśnie w ten sposób.

"Na zasadzie koleżeńskiej"

Grzegorz Klocek przyznaje, że "na zasadzie koleżeńskiej" kazał Markowi K. sprzątnąć grzyby z chłodni. - To jest normalna sprawa. Jeden kolega mi pokazał zdjęcie tych grzybów, ja zadzwoniłem do kolegi K. i kazałem to natychmiast sprzątnąć - powiedział. Grzegorz Klocek przyznaje w rozmowie z reporterem, że nie sporządził notatki z tego zdarzenia.

W międzyczasie pojawili się wojewódzcy inspektorzy weterynarii. - My nie będziemy tu nic robić - mówił Mirosław Czech, który w imieniu Wojewódzkiego Lekarza Weterynarii w Białymstoku odpowiada za nadzór nad zdrowiem zwierząt i zwalczaniem chorób zakaźnych - w tym ASF.

- Zaraz Powiatowy Lekarz przeprowadzi kontrolę punktu skupu dziczyzny i na tej podstawie przedstawi nam informację - dodał Mirosław Czech.

Brak odzieży ochronnej, brak zdezynfekowania ubrania

Kontrolę rozpoczął Grzegorz Klocek, który jest inspektorem weterynaryjnym, ale i myśliwym w jednej osobie. Jego pracę dziennikarze filmowali w bezpiecznej odległości zza płotu.

Klocek zapytany, co jest w zamrażarce, odparł: - Patrochy z dzików.

Mirosław Czech pytany, jak jego zdaniem wypadła ta kontrola, odpowiedział: - Patrochy są oznaczone, patrochy są oddzielnie położone.

Dopytywany, skąd wie, że są oznaczone, bo nie było żadnej takiej informacji. stwierdził, że jednak "nie wie". I dodał: - Powiatowy lekarz powiedział, że są oznakowane.

Grzegorz Klocek odpowiedział jednak, że nie są oznakowane, bo "to i tak wszystko idzie do utylizacji".

Żaden z kontrolujących weterynarzy nie miał na sobie odzieży ochronnej poza foliowymi workami na butach. Żaden też nie zdezynfekował ubrania. Dwóch lekarzy bezpośrednio po kontroli weszło do domku myśliwskiego.

"To było złamanie zasad ochrony przed rozprzestrzenianiem się ASF"

Zdaniem Dariusza Krasowskiego, prezesa Zarządu Okręgowego Polskiego Związku Łowieckiego w Białymstoku, taki sposób przeprowadzenia kontroli był złamaniem zasad ochrony przed rozprzestrzenianiem się ASF. - Kombinezon zabezpieczający, buty plastikowe, które się zakłada na nogi i rękawiczki gumowe - wymieniał elementy ubioru potrzebne do przeprowadzenia kontroli.

- W tym momencie, gdy mamy daną chorobę, to staramy się tego wirusa nie rozprzestrzeniać - dodał.

Grzegorz Klocek zdradził, że zabite jelenie pojechały do Wierzchlesia, ale nie wiedział, czy trafiły do zakładów mięsnych. Podobnie Mirosław Czech nie potrafił wskazać, czy jelenie trafiły do obrotu.

Myśliwi mają nad sobą nie tylko nadzór Państwowych Inspektorów Weterynarii czy nadleśnictwa, ale także Polskiego Związku Łowieckiego.

Walka z ASF stała się palącym problemem

W trzecim dniu interwencji dziennikarzy TVN24 okazało się, że nagle walka z ASF stała się dla myśliwych i inspektorów weterynaryjnych palącym problemem.

Kiedy dziennikarz chciał się spotkać z Dariuszem Krasowskim, prezesem Zarządu Okręgowego Polskiego Związku Łowieckiego w Białymstoku, odpowiedział, że "ma spotkanie odnośnie ASF-u". - Wyszedłem właśnie ze spotkania, bo uzgadniamy szukanie tych dzików - mówił.

Gdy prezes zarządu Okręgowego Polskiego Związku Łowieckiego w Białymstoku już się pojawił, to tylko po to, by odmówić rozmowy z nami, i że na wszystkie pytania odpowie rzecznik. - Ja nie mogę wam udzielić jakiejkolwiek informacji. Nie mam takiej zgody szefa swojego. Mimo szczerych chęci - mówił.

Zapytany, co zrobił do tej pory w sprawie Koła Łowieckiego Struga, w sprawie łamania przepisów bioasekuracji przez to koło, odparł: - Nie znam sprawy na razie.

Ostatecznie Dariusz Krasowski zmienił zdanie i w końcu zgodził się odpowiedzieć na pytania reporterów. Na początku rozmowy zarzekał się, że o łamaniu zasad ochrony przed ASF przez podległych mu myśliwych nie ma pojęcia.

- Coś słyszałem o polowaniu, ale nie widziałem takich zdjęć - przyznał. Na pytanie, czy nie słyszał, że jelenie były przetrzymywane w chłodni, odparł: - Nie, nie, nie. Ja pierwszy raz to widzę w ogóle. Jestem zaskoczony.

"W związku z otrzymaną informacją od telewizji TVN o możliwości naruszenia przepisów o bioasekuracji podczas przechowywania upolowanej zwierzyny przez koło łowieckie Struga po polowaniu zbiorowym, które odbyło się w dniach 26-27 października tego roku prosimy o zbadanie tej sprawy" - to fragment dokumentu, jaki reporter "Czarno na białym" przeczytał swojemu rozmówcy, dodając, że podpisał je Dariusz Krasowski.

- Skojarzyłem fakty. Mam bardzo dużo dokumentów, które przeglądam. Tak, że jak będę miał więcej informacji, to państwa poproszę. Dziękuję bardzo. W tej chwili nie mam więcej informacji na ten temat - dodał.

Mężczyzna, który kupił jelenie, namawiał na rozmowę w lesie

Reporterzy "Czarno na białym" postanowili sprawdzić, dokąd dokładnie trafiły jelenie przetrzymywane nielegalnie w chłodni z wnętrznościami dzików. Umówili się z mężczyzną, który je kupił - Jerzym Golbiakiem, właścicielem zakładów mięsnych handlujących dziczyzną i zakładu przetwórczego w województwie mazowieckim.

Mężczyzna nie chciał rozmawiać z dziennikarzami w pobliżu swojego biura. Namawiał dziennikarzy na rozmowę na tle lasu. Gdy skręcił w leśną ścieżkę, zatrzymaliśmy się. Zachęcał, by wejść głębiej do lasu. Z jego samochodu wysiadł myśliwy Stanisław Pawluk, który prowadzi portal łowiecki, filmował naszą rozmowę z przedsiębiorcą, handlującym dziczyzną.

- Jelenie dotarły do mnie i zostały w mojej firmie. Nie mam nic do ukrycia - mówił Jerzy Golbiak. W tym momencie w rozmowę włącza się Stanisław Pawluk i wskazuje, że przedsiębiorca nie musi ujawniać takich informacji.

- Pan nie ma uprawnień do tego, żeby żądać ode mnie, co ja zrobiłem z tymi jeleniami - dodał Golbiak.

Zapytany, czy odpowie na pytanie, co zrobił z jeleniami, odpowiedział: - Więc powiem krótko. Część przerobiłem, a część odsprzedałem.

Nie chciał powiedzieć, komu je sprzedał. - To jest tajemnica handlowa mojej firmy - mówił.

Dopytywany, czy one były badane pod kątem ASF, odparł: - Głupszego pytania nie może pan zadać. Jest pan w ogóle nieprzygotowany. Nie ma takiego obowiązku badania tusz jeleni pod kątem ASF.

Dlaczego mężczyzna chciał wprowadzić ekipę TVN głębiej w las?

W międzyczasie wyszło na jaw, dlaczego mężczyzna chciał nas wprowadzić głębiej w las. Zamierzał sfilmować ekipę TVN24, która w czerwonej strefie chodzi tropami dzików i wyjeżdża z lasu bez dezynfekcji.

- Jako ekipa TVN-u jesteście tutaj w strefie czerwonej i chciałbym zobaczyć, jak będziecie wsiadać do aut. Zobaczymy, czy odkazicie buty, czy spryskacie koła. Dlatego wezwałem tutaj kolegę - powiedział.

Na uwagę reportera, że nie chcieli tu wjechać, a Golbiak zastawił na nich zasadzkę, odparł: - Zobaczymy, jak wy wyjdziecie.

- My jesteśmy przygotowani - dodał Sławomir Pawluk. I zaczęli spryskiwać buty.

- To ja myślę, że skoro pan nas tutaj wprowadził, to pewnie pan zechce nam spryskać te buty i udzielić swojego środka, żeby nas odkazić - zwrócił się do nich reporter. - Tak, oczywiście - odpowiedział Golbiak.

"Farba, czyli krew skapywała z tych dzików"

Nieoczekiwanie jeden z mężczyzn pokazał nam zdjęcie z polowania przeprowadzonego dzień wcześniej.

- Dziki wypatroszone leżą w lesie. Obok jest pies, leżą lisy, chodzą ludzie. Jest mnóstwo śladów farby. Nie przeprowadzono żadnej takiej dezynfekcji - powiedział Pawluk.

O zdarzenie zapytaliśmy Powiatowy Inspektorat Weterynarii w Siedlcach. Obiecali przysłać na miejsce weterynarzy. Drogę do polany, gdzie były martwe dziki, znał tylko mężczyzna, który zajmuje się skupem zwierząt. Nie było go łatwo namówić, by pokazał nam to miejsce.

Dziennikarze z mężczyznami dotarli na polanę przed domkiem myśliwskim Koła Łowieckiego Szarak z Międzyrzecza Podlaskiego. Na ziemi były widoczne ślady krwi.

- Farba, czyli krew skapywała z tych dzików. Wszystkie były oddające krew, a ktoś próbował zamaskować tę krew liśćmi. Tam kopnąłem, w paru miejscach odgarnąłem, więc tak krew się ujawnia. Nie wiem, albo to jest głupota, albo lekceważenie przepisów. No to, co zrobili tutaj myśliwi, to jest proszę pana poniżej krytyki - mówił Stanisław Pawluk.

Gdy zapadł zmrok, pojawił się dzielnicowy. Ponieważ nie miał środków odkażających, próbował wezwać na miejsce inspekcję weterynaryjną.

- Będę panu relacjonował to, co próbujemy zrobić. Lekarz weterynarii powiatowy nie odpowiada. Próbował dyżurny dzwonić do wojewódzkiego lekarza weterynarii. Też nie dorozumiał się. Nie potrafił powiedzieć. W tej chwili inny patrol jedzie do prezesa koła Szarak - mówił policjant.

"Nikt nie pobiera próbek ze ściółki"

Dziennikarze ustalili numer do Wojewódzkiego Lekarza Weterynarii w Lublinie. Udało się do niego dodzwonić. - Nie wiem w tej chwili, co mamy zrobić naprawdę w tym miejscu, jak nie ma już zwierząt. Takie próbki nie nadają się do pobrania. Nikt nie pobiera próbek ze ściółki - odpowiedział.

Tymczasem mijały kolejne godziny i zaczął padać śnieg, który zacierał ślady po pokocie. W końcu przed godziną 20 przyjechał policjant z wydziału kryminalnego wraz z terenową inspektorką weterynarii, która nawet na moment nie wysiadła z auta.

- To było zdezynfekowane i tak też było uczynione. Mamy tutaj panią lekarz weterynarii, która jest w stałym kontakcie z powiatowym lekarzem weterynarii. Ona powie wam tutaj to samo - powiedział policjant.

"To są informacje od prezesa koła. Ja nie muszę widzieć"

Reporter podszedł też do samochodu, w którym siedziała inspektor weterynarii i zapytał ją, czy potwierdza to, że to miejsce było zdezynfekowane. - To są informacje od prezesa koła - powiedziała. Pytana, czy widziała to, odpowiedziała, że nie musi widzieć.

Nikt nie pobrał próbek krwi ani nie zabezpieczył miejsca pokotu dzików.

- To jest po prostu karygodne, że nikt nie patrzy na ręce myśliwym. To, że służba weterynaryjna rzeczywiście pieczołowicie lub mniej dogląda hodowli świń. Natomiast nie kontroluje samych myśliwych - powiedział w rozmowie z TVN24 Tomasz Zdrojewski.

Ministrowie środowiska i rolnictwa nie zgodzili się na rozmowę przed kamerą

O to, jak działa system ochrony przed wirusem ASF chcieliśmy zapytać ministrów środowiska i rolnictwa. Żaden nie zgodził się na rozmowę przed kamerą. W zamian zaproponowano nam rozmowę z Mirosławem Welzem, zastępcą Głównego Lekarza Weterynarii, który pod nadzorem ministra rolnictwa odpowiada za walkę z ASF w Polsce.

Welz pytany, czy tak powinna wyglądać bioasekuracja w praktyce, odparł: - Mówię dość precyzyjnie i w języku polskim. Uchylam się od tej odpowiedzi i mam do tego prawo. I pan, jako dziennikarz, znający prawo prasowe wie, że mam takie prawo.

I dodał, że nie rozumie intencji tego programu. - Chce pan udowodnić, że inspekcja na tym przykładzie, który jeszcze nie jest sprawdzony, działa źle - powiedział.

Na uwagę, że będzie więcej takich przypadków, jeżeli będą dopuszczali do takich sytuacji, Mirosław Welz odpowiedział, że "rozmowa jest skończona". Próbował wyłączyć mikrofon.

- Pan mi przeszkadza, przerywa. Pan nie jest obiektywny w prowadzeniu tej dyskusji. Przepraszam bardzo, mam obowiązki służbowe - mówił.

Reporter zaznaczył jednak, że "obowiązkiem służbowym jest też poinformowanie ludzi, jak wygląda zwalczanie ASF i bioasekuracja". - Czy da mi pan dokończyć jedno zdanie? Chciałbym przekazać jedną informację. Zwalczanie ASF jest priorytetem działań inspekcji weterynaryjnej - powiedział Welz.

Pismo od powiatowego inspektora z Sokółki

Dzień po naszej rozmowie z zastępcą Głównego Weterynarza Kraju otrzymaliśmy pismo od powiatowego inspektora z Sokółki. Informuje w nim, że w związku z ujawnionymi przez nas zdjęciami, zarządził kontrolę w kole łowieckim. Zapewnia, że wnętrzności dzików, z którymi miały kontakt upolowane jelenie, były zdrowe. Nie ma więc konieczności wycofywania mięsa z upolowanych jeleni ze sklepów. Zapewnił też, że podejmie działania, aby ujawnione przez nas nieprawidłowości nie powtarzały się.

Po tej obietnicy chłodnie Koła Łowieckiego Struga zostały od siebie oddzielone płotem. Zadbano też o osobne wejście.

Myśliwy zastraszany. Polowania nadal trwają

W trakcie realizowania materiału myśliwy, który udowodnił łamanie zasad ochrony przed wirusem ASF, stwierdził, że był zastraszany. - Po tym zamieszaniu związanym z programem ktoś mi próbował otruć psa. Na szczęście przeżył. Weterynarz stwierdził, że pies został otruty trutką, prawdopodobnie na szczury - powiedział.

Po naszej interwencji kontrolę Koła Łowieckiego Struga zlecił Główny Lekarz Weterynarii. Sami myśliwi nadal polują i nie zamierzają odpowiadać na żadne pytania.

Z kolei Dziennikarze OKO.press ujawnili nagrania z czerwonej strefy ASF w województwie mazowieckim, na których widać myśliwych z innego koła łowieckiego patroszących dzika bez żadnych zabezpieczeń.

Wirus ASF właśnie dotarł do województw wielkopolskiego i lubuskiego. Niemiecki land Brandenburgia rozpoczął stawianie 120-kilometrowy płotu na granicy z Polską po to, by powstrzymać ASF - epidemię, która na pokonanie całej Polski ze wschodu na zachód potrzebowała zaledwie roku. A polski rząd w ramach uchwalonej właśnie specustawy zamierza wysłać do lasu żołnierzy, żeby ramię w ramię z myśliwymi strzelali do dzików.

Autor: asty,kb / Źródło: tvn24

Źródło zdjęcia głównego: tvn24