To odpowiedź na słowa prezydenta, który na początku października zaapelował do szefa polskiej dyplomacji, by odsunął absolwentów Moskiewskiego Państwowego Instytutu Stosunków Międzynarodowych (MGIMO) od spraw polityki wschodniej. - Panie ministrze, Radku, zrezygnuj z ludzi z MGIMO jako tych, którzy wyznaczają politykę wschodnią, bo to droga donikąd - powiedział wówczas Lech Kaczyński.
- Mam mieszane uczucia w sprawie tej wypowiedzi. Wiewiórki w Pałacu Prezydenckim donosiły mi, że pan prezydent uważał mnie za ruskiego agenta, więc teraz jak uważa moich podwładnych za nielojalnych wobec Rzeczypospolitej, to z takiego osobistego punktu widzenia powinienem być zadowolony - powiedział Sikorski "Kropce nad i".
"Pracowali już u Fotygi"
Zaznaczył, że jest to dla niego sytuacja niekomfortowa, bo jego podwładni zostali "zaatakowani przez głowę państwa", a nie mogą się bronić. Dodał, że w odczuciu społecznym urząd prezydenta przejął "majestat królewski", a - jak mówił - "królowi nie wypada atakować ludzi, którzy nie mogą mu odpowiedzieć".
- Nikogo po moskiewskich szkołach do pracy nie przyjąłem. To są ludzie, którzy w MSZ pracowali także w czasach mojej porzedniczki, na dyrektorskich stanowiskach, zajmując się polityką wschodnią - nawiązał Sikorski do MSZ pod przewodnictwem Anny Fotygi.
Minister w "Kropce nad i" mówił też, kto powinien reprezentować Polskę na szczycie Unii Europejskiej w Brukseli
Źródło: PAP