"Na mnie największe wrażenie zrobiła scena zbiorowego hajlowania"

Bertold Kittel o reportażu "Polscy neonaziści"
Bertold Kittel o tworzeniu reportażu "Polscy neonaziści". Nagranie z 15 listopada 2018 roku
Źródło: TVN24

W reportażu jest fragment, kiedy pada ze sceny: "dobrze, teraz wyłączamy telefony" - i zaczyna się zbiorowe hajlowanie ludzi, którzy bardzo eksponują swój patriotyzm - mówił w czwartek we "Wstajesz i wiesz" Bertold Kittel, jeden z autorów reportażu "Polscy neonaziści" wyróżnionego nagrodą imienia Andrzeja Woyciechowskiego. Reportaż zostanie ponownie wyemitowany w czwartek o godzinie 20.30 w TVN24.

W środę dziennikarze "Superwizjera" TVN - Bertold Kittel, Anna Sobolewska i Piotr Wacowski - zostali laureatami nagrody imienia Andrzeja Woyciechowskiego. Nagrodzono ich za reportaż "Polscy neonaziści", wyemitowany w TVN24 20 stycznia 2018 roku.

- Na mnie największe wrażenie zrobiła scena zbiorowego hajlowania na festiwalu. Jest tam fragment [w reportażu - przyp. red.], kiedy pada ze sceny: dobrze, teraz wyłączamy telefony - i zaczyna się zbiorowe hajlowanie ludzi, którzy bardzo eksponują swój patriotyzm, symbole żołnierzy walczących. To był trudny do zrozumienia moment - mówił w czwartek we "Wstajesz i wiesz" Bertold Kittel.

W rozmowie wrócił również do początków powstania reportażu o polskich neonazistach.

- Przez wiele lat wiele środowisk - czy dziennikarskich, czy eksperckich - podejrzewało, co tak naprawdę kryje się za symboliką i za działaniami pewnych grup - podkreślał współautor nagrodzonego materiału.

- Od dawna uważałem, że to pole do eksploracji dla dziennikarzy śledczych - dodał.

- Ten materiał jest wielowątkowy. On pokazuje nie tylko paru facetów, którzy zafascynowani ideologią w jakiś sposób eksponują te swoje satysfakcje, on pokazuje przede wszystkim, że istnieją zbiorowości, nawet kilkuset ludzi, którzy się zbierają, zamykają i oddają takim niezrozumiałym praktykom - wyjaśniał Kittel.

"Mieliśmy pełną świadomość, że przekraczamy wszelkie granice"

Dziennikarz "Superwizjera" mówił również o niebezpieczeństwie, jakie towarzyszyło autorom podczas przygotowywania reportażu. - W tych materiałach widać, że część uczestników festiwalu "Orle gniazdo" jest kompletnie pod wpływem jakichś środków, alkoholu lub psychotropów. (...) Rejestracja tego wydarzenia kamerą, która w pewnym sensie była widoczna, była naprawdę ryzykowna - mówił.

- Gdyby tam wyszła jakaś sytuacja konfliktowa, to kiedy mamy taki pijany, rozjuszony tłum, ogarnięty jakimś amokiem, (...) to nie wiadomo, co by się stało - ocenił.

Przyznał również, że reporterzy mieli pełną świadomość, iż "przekraczają wszelkie granice, które były dopuszczalne", ale wiedzieli od pewnego momentu, że nie ma innej możliwości, aby zarejestrować te wydarzenia. - One są szalenie ważne, bo w jednoznaczny sposób pokazują to, co te środowiska skrzętnie ukrywają, mimo jakichś pojawiających się poszlak - dodał.

Nazistowskie marsze i płonąca swastyka

Na początku 2017 roku dziennikarzom "Superwizjera" TVN udało się przeniknąć z ukrytymi kamerami do środowiska polskich neonazistów. Nie ujawniając swojej tożsamości, kontaktowali się między innymi z członkami stowarzyszenia Duma i Nowoczesność, a w maju zostali zaproszeni na obchody 128. urodzin Adolfa Hitlera.

Impreza odbyła się na wzgórzu, w lesie nieopodal Wodzisławia Śląskiego. Na nagraniach, które zarejestrowali dziennikarze "Superwizjera" widać czerwone flagi ze swastykami, słychać płynące z głośników nazistowskie marsze wojskowe, zbudowano również coś na wzór "ołtarzyka" ku czci Adolfa Hitlera z jego czarno-białą podobizną.

Dodatkowo zawieszona w centralnym miejscu wielka drewniana swastyka nasączona była podpałką do grilla i po zmroku została podpalona. Na jej tle uczestnicy tego wydarzenia robili sobie zdjęcia.

Autor: mjz//now / Źródło: tvn24

Czytaj także: