Jak ojciec odszedł, to zawsze myślałem, jak zrobić nowego Tytusa. Zapisywałem sobie dowcipy ojca, myśląc o tym, które, do jakiej książeczki można by było wstawić - mówił Artur Chmielewski, syn legendarnego Papcia Chmiela. W rozmowie z Piotrem Jaconiem opowiedział o trudnościach we wskrzeszeniu kultowej postaci - szukaniu odpowiedniego rysownika i dobieraniu żartów tak, "żeby można było wyczuć, że to jest Tytus". Inżynier NASA wspominał o byciu czarną owcą w rodzinie artystów. - Ja szukałem akceptacji ojca, lubiłem wymyślać dowcipy, z których by się roześmiał, ale jeżeli chodzi o kosmos, to ojciec tylko narzekał: synku, po co ci ten kosmos, książkę byś napisał - powiedział. Chmielewski przypomniał, że jego ojciec "był geniuszem i wspaniałym człowiekiem, ale miał też dużo luk rodzicielskich". - Może dlatego, że był cały czas skoncentrowany na dowcipach, książeczkach - dodał. Chmielewski wspomniał też o rozwodzie rodziców, zwracając uwagę, że "ojciec oscylował między 12-latkiem a mężczyzną niedostępnym". - Kiedy zapytałem go, czy załatwił jakieś kolonie, wziął się za telefon, zaczął dzwonić, wszystkie kolonie zajęte i mówi: jest wycieczka do Bułgarii, jedziesz jutro - opowiedział. Pytany o tradycję dziękowania, którą praktykuje w swojej rodzinie, wyznał, że myślał o tym, jak umierała jego mama. - Myślałem, czy ja jej wystarczająco w życiu dziękowałem. Odpowiedź była: nie. Ja zakładałem, że taka jest rola matki, a to tak nie jest - zaznaczył.