Jestem przedstawicielem ostatniego pokolenia pamiętającego PRL. Z trochę młodszą żoną już nie mam tu o czym mówić, bo ona słucha moich wynurzeń jak opowieści dziadka z gatunku "przed wojną, panie, to było życie". I nie kryje braku zainteresowania. Ale za to z kolegami, przy piwie, co i rusz wraca jakiś wspominkowy temat. Lody Bambino, bączki z saletry i wino Mamrotka w parku koło sklepu. Kiedy słucham ostatniej płyty Fisza, to też wyjątkowo mi się podoba kawałek o "gumach Turbo, kostkach i walkie-talkie".
Nie jestem w tym sam, o czym już pisał pan Marek Piegus (pseudonim też zresztą kombatancki). Czytelnicy mojej strony ursynowskiej piszą, że łezka się w oku kręci. Kręci, jak ma się nie kręcić. A inni kręcą na tym swoje lody i przy okazji robią pieniądze. Lody - dosłownie. Próbowaliście Państwo lodów Algidy "Big Milk"? Toż to przecież Bambino w czystej postaci. A ich odmiana czekoladowa na dodatek nazywa się "Big Bambi". Zbieg marketingowych okoliczności?
A odwiedzacie Państwo czasem małe wiejskie sklepy? I nie kupujecie w nich w ramach powrotu do smaków młodości takich paskundych oranżad z rozpuszczonych landryn? Ja ostatnio kupiłem. Paskudna jak dawniej. Żona nawet na nią nie spojrzała.
No nic, czas kończyć bo się sentymentalnie zrobiło a to przecież sentyment do siermięgi, brudnych wagonów PKP, odpadającej farby, psujących się Fiatów, rozlatujących Ikarusów i wszechobecnej tandety. Co robić. Dziadek też najchętniej wspominał, jak to w 1934 w szkole dla tramwajarzy związał koleżankom z pierwszej ławki warkocze i jak go za to wyrzucili, a babcia opowiada, jak chodziła z Woli na Powiśle piechotą, bo tramwaj był drogi. Szanujemy wspomnienia, smakujemy ich treść, uczymy się je cenić. Za kilkanaście lat, jak sobie przeczytam tego bloga też mi się łezka zakręci. Wtedy dopiero będę sentymentalny.