O skierowaniu aktu oskarżenia poinformował rzecznik Prokuratury Okręgowej w Sosnowcu Bartosz Kilian. Sprawę rozpozna Sąd Rejonowy w Będzinie.
Dwaj oskarżeni policjanci - Dawid J. oraz Damian G. - odpowiedzą za pobicie pokrzywdzonego Miroslava K., a także bezprawne zmuszanie go przemocą oraz groźbami do opuszczenia samochodu. Trzeci oskarżony, Piotr G., według prokuratury dopuścił się przestępstwa polegającego na udzieleniu dwóm pozostałym mężczyznom pomocy w pobiciu 49-latka.
"Niedozwolone wsparcie obejmować miało stosowanie przemocy oraz groźby bezprawnej wobec świadka zdarzenia, to jest Patryka K., celem uniemożliwienia mu skutecznej interwencji w obronie Miroslava K. W następstwie działania oskarżonego Patryk K. doznał powierzchownych obrażeń, niezagrażających jego życiu" - opisywał prok. Kilian w komunikacie.
Nie przyznali się do winy
Podczas śledztwa żaden z policjantów nie przyznał się do winy. Decyzją szefa będzińskiej policji wszyscy trzej zostali zawieszeni w czynnościach służbowych. Jak podaje prokuratura, podstawą zarzutów stawianych oskarżonym jest obszerny materiał dowodowy, w tym zeznania świadków, zapisy z monitoringu, dokumentacja obrazująca przebieg służby oskarżonych oraz opinie biegłych lekarzy.
Do opisanego w akcie oskarżenia zajścia doszło 19 października 2025 r. Mężczyzna, który jest pokrzywdzonym w tej sprawie, przed laty przeszedł operację, w trakcie której wszczepiono mu stymulator mózgu, przyjmuje też leki. Kiedy przyjechał na stację paliw zatankować samochód, doznał niekontrolowanych ruchów ciała. Interweniowali obecni na stacji trzej policjanci, którzy byli poza służbą, w cywilnych ubraniach. 49-latek relacjonował, że próbował tłumaczyć interweniującym, że jest chory, a nie pod wpływem narkotyków. Mimo to policjanci próbowali wyciągnąć go z samochodu i odebrać kluczyki. 49-latek opisywał, że był bity i podduszany.
Stanowisko policji po reportażu
Reportaż z zajścia na stacji paliw opublikowała "Uwaga!" TVN, a śląska policja zamieściła stanowisko, w którym podała, że stan psychofizyczny kierowcy Forda, który przyjechał na stację paliw, wzbudził niepokój świadków, a działania podejmowane przez policjantów miały na celu zapewnienie bezpieczeństwa uczestnikom ruchu drogowego.
"Nietypowe zachowanie, nieskoordynowane ruchy i pobudzenie zrodziły przypuszczenie, że może znajdować się pod wpływem środków odurzających. W obawie, że prowadząc auto w takim stanie, mógłby spowodować zagrożenie bezpieczeństwa w ruchu drogowym, zareagowali świadkowie - pracownik stacji benzynowej oraz inny mężczyzna przebywający w tym miejscu" - opisywała wówczas policja.
Według komunikatu mężczyzna stawiał opór podczas próby wyciągnięcia go z pojazdu i odebrania kluczyków, co było konieczne, by uniemożliwić mu dalszą jazdę. Policjanci w zamieszczonym oświadczeniu zaznaczyli, że nie kwestionują, że mężczyzna ma zgodę lekarza na prowadzenie pojazdów.
"Mężczyzna chciał zadośćuczynienia"
Komenda podała też, że po zdarzeniu jeden z policjantów skontaktował się z kierującym, aby zapytać o zdrowie i przeprosić za to, że funkcjonariusze źle ocenili przyczynę jego złego stanu psychofizycznego. Na prośbę samego mężczyzny kolejnego dnia wszyscy trzej funkcjonariusze spotkali się z nim ponownie i zadeklarowali gotowość pokrycia kosztów ewentualnych badań.
"Jak się później okazało, spotkanie było nagrywane przez kierującego i jego partnerkę bez wiedzy funkcjonariuszy. Następnego dnia partnerka mężczyzny ponownie poprosiła o kontakt z jednym z policjantów i zaproponowała, by policjanci przekazali im kwotę 100 tysięcy złotych tytułem zadośćuczynienia. Funkcjonariusze odmówili i przekazali sprawę przełożonym" - dodała w swoim stanowisku policja.