"Brzechwa" zderzył się z "Janem Matejko", zginęło 16 osób. 7. rocznica katastrofy pod Szczekocinami

Katowice

W katastrofie kolejowej pod Szczekocinami zginęło 16 osób (wideo archiwalne)Marta Kolbus | Fakty po południu
wideo 2/13

W niedzielę mija 7. rocznica katastrofy kolejowej pod Szczekocinami. 3 marca 2012 we wsi Chałupki w wyniku czołowego zderzenia dwóch pociągów zginęło 16 osób, a ponad 150 zostało rannych. Proces karny w tej sprawie zakończył się prawomocnie ponad rok temu.

Uroczystości rocznicowe rozpocznie jak co roku msza święta w kościele pw. Narodzenia Najświętszej Maryi Panny we wsi Goleniowy. Później uczestnicy obchodów złożą wieńce i kwiaty oraz zapalą znicze przy tablicy w Chałupkach, upamiętniającej ofiary katastrofy. Co roku w uroczystościach biorą udział bliscy ofiar, przedstawiciele władz i służb ratowniczych, kolejarze oraz mieszkańcy Chałupek, którzy po wypadku udzielali pomocy poszkodowanym.

W niedzielę w południe, po raz trzeci, hołd ofiarom oddadzą uczestnicy biegu pamięci, który odbędzie się w Szczekocinach. Biegacze pokonają dystans ok. 5 km. Imprezę organizuje Stowarzyszenie Pomocy Ochotniczym Grupom Pogotowia Ratunkowego.

Czołowe zderzenie pociągów

Katastrofa kolejowa pod Szczekocinami była jednym z najtragiczniejszych wypadków w historii polskich kolei. Do wypadku doszło w sobotę wieczorem, 3 marca 2012 r., niedaleko Zawiercia - na zjeździe z Centralnej Magistrali Kolejowej w kierunku Krakowa. Zderzyły się czołowo pociągi TLK "Brzechwa" z Przemyśla do Warszawy i Interregio "Jan Matejko" relacji Warszawa-Kraków. Pociąg Warszawa-Kraków wjechał na tor, po którym z przeciwka jechał pociąg Przemyśl-Warszawa.

Jako pierwsi z pomocą przybiegli mieszkańcy Chałupek i innych okolicznych wsi, którzy usłyszeli huk zderzających się pociągów. Wyciągali z wagonów poszkodowanych, przynosili koce i gorącą herbatę lub po prostu trzymali uwięzionych w wagonach za rękę i pocieszali. Chwilę później na miejscu katastrofy pojawiła się straż pożarna, karetki pogotowia i policja.

Służby kryzysowe wojewody śląskiego o katastrofie dowiedziały się po godz. 21 od pogotowia w Zawierciu. Przed godz. 22 w akcję ratowniczą zaangażowano już 30 karetek, na miejsce skierowano też śmigłowce Lotniczego Pogotowia Ratunkowego. Strażacy przez wiele godzin penetrowali zniszczone wagony, poszukując poszkodowanych. Akcję poszukiwawczą zakończono w poniedziałek 5 marca. Na miejsce katastrofy przyjechał ówczesny premier Donald Tusk wraz z grupą ministrów oraz ówczesny prezydent Bronisław Komorowski, który ogłosił dwudniową żałobę narodową.

Rannych w wypadku przewożono do szpitali m.in. w Sosnowcu, Myszkowie, Zawierciu, Włoszczowie i Krakowie. Hospitalizowano w sumie ok. 50 poszkodowanych. Katastrofy nie przeżyło 16 osób. Najmłodsza śmiertelna ofiara miała 25 lat, a najstarsza - 55. Osoby te pochodziły ze Szczecina, Nowego Targu, Warszawy (trzy osoby), Krakowa, Wieliczki, Dębicy, Makowa Mazowieckiego, powiatów: nowosądeckiego, olkuskiego, żywieckiego i tarnowskiego, a także z miejscowości z woj. świętokrzyskiego. Wśród zabitych była Rosjanka i obywatelka Stanów Zjednoczonych. Obcokrajowcy - wśród nich obywatele Ukrainy i Czech - znaleźli się także w grupie rannych w wypadku. Straty materialne po katastrofie oszacowano na 19 mln zł.

Błędy dyżurnych ruchu

Jak ustaliła prokuratura, do katastrofy przyczyniły się błędy dwojga dyżurnych ruchu z posterunków Starzyny i Sprowa, którym zarzucono nieumyślne sprowadzenie katastrofy kolejowej - skierowali jadące z naprzeciwka pociągi na ten sam tor. 26 stycznia 2018 r. Sąd Apelacyjny w Katowicach skazał prawomocnie Andrzeja N. na 6 lat więzienia, a Jolantę S. - na 3,5 roku. Kary były surowsze niż te, które zapadły przed sądem I instancji. Sąd podkreślił, że wyrok powinien też mieć znaczenie prewencyjne i być "czytelnym sygnałem dla wszystkich osób zajmujących się zapewnieniem bezpieczeństwa w komunikacji, kierujących tym ruchem, że obowiązki na nich ciążące muszą być bezwzględnie przestrzegane".

Obrońca Andrzeja N. mec. Witold Pospiech, który wcześniej zapowiadał złożenie kasacji do Sądu Najwyższego, na kilka dni przed siódmą rocznicą katastrofy powiedział PAP, że odstąpił od tego i "wybrał inną drogę". Nie chciał zdradzić szczegółów. Reprezentujący Jolantę S. mec. Grzegorz Porębiński, potwierdził, że złożył kasację. Jak poinformował, SN nie wyznaczył jeszcze terminu jej rozpoznania.

Według ustaleń prokuratury i sądu, N. niewłaściwie sprawdził położenie rozjazdów i nie zabezpieczył ich w należyty sposób, dając w efekcie sygnał zezwalający pociągowi Warszawa-Kraków na wjazd na niewłaściwy tor. Nie obserwował przejazdu pociągu ani jego sygnałów końcowych, zaniedbał też obserwacji wskazań pulpitu. Skutkowało to tym, że nie wiedział, na który tor skład ostatecznie wjechał.

Z kolei Jolanta S. nie wyjaśniła przyczyny zajętości toru, na który skierowała pociąg Przemyśl-Warszawa, podając mu tzw. sygnał zastępczy. Nie zareagowała też na sygnalizację o pociągu na szlaku. Zaniedbania tej oskarżonej były skutkiem błędów Andrzeja N., dlatego sąd zróżnicował ich karę.

W prawomocnym wyroku sąd wskazał, że N. ma odbywać karę w systemie terapeutycznym, w więziennym oddziale psychiatrycznym - od dawna zmaga się z problemami zdrowotnymi, po katastrofie kilka razy przebywał w szpitalu psychiatrycznym. Biegli uznali, że w chwili katastrofy był poczytalny. Sąd wskazał, że pogorszenie stanu zdrowia N. po katastrofie nie jest obojętne dla rozstrzygnięcia tej sprawy - wskazuje na wysoką wrażliwość oskarżonego i to, jak wysoką cenę już za to przestępstwo zapłacił. Nie może to jednak okoliczność dominująca przy rozstrzyganiu tej sprawy – zaznaczył sąd.

Autor: gp / Źródło: PAP

Źródło zdjęcia głównego: tvn24