"Tragedia. To powinno być karalne. Może kiedyś się tego doczekamy", "to absolutnie nieakceptowalne", ale też: "Wszyscy bez wyjątku wabią zwierzęta, bo inaczej nie mieliby czego pokazać. Takie są po prostu fakty" - między innymi takie komentarze pojawiły się w mediach społecznościowych pod zdjęciem opublikowanym przez fotograficzkę przyrody Elizę Kowalczyk.
Widać na nim - nadziane na metalową konstrukcję - mięso, a w tle niewielką budkę.
Tak wygląda jedna z czatowni w Puszczy Białowieskiej.
"Wyspecjalizowany karmnik dla ptaków drapieżnych"
Jak czytamy na stronie firmy, czatownie mają osobne pomieszczenie na wc, piec gazowy (żeby było ciepło) oraz duże okna. Wszystko po to, aby - bez wychodzenia na zewnątrz - zrobić zdjęcia dzikim zwierzętom, które pojawiają się tu zwabione zapachem mięsa.
Właściciel firmy Wild Forest Marek Kosiński twierdzi, że ta, w której Eliza Kowalczyk zrobiła zdjęcie, leży około kilometra od pierwszych zabudowań.
- Mam jeszcze dwie czynne czatownie, z czego w jednej wykładamy mięso, a w drugiej nie. To nie jest wyrzucanie odpadów, ale prowadzenie wyspecjalizowanego karmnika dla ptaków drapieżnych. Mięso i kości przytwierdzone są do podłoża. Są przez nas wykładane, a potem zjadane przez ptaki - opisuje.
I dodaje: - Jeśli coś zostaje, to zabieramy to po skończonej sesji fotograficznej. Nie ma tu więc żadnego zagrożenia sanitarnego. Pożywienie kupowane jest w zakładzie mięsnym, ma wszelkie wymagane badania i nadaje się do jedzenia przez człowieka.
W Białowieży mieszka od ponad 20 lat. Z wykształcenia jest doktorem nauk biologicznych. W latach 1993-2003 był pracownikiem naukowym i nauczycielem akademickim na Wydziale Biologii Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie.
Gdy pytamy go, czy uważa, że takie "karmniki" wpływają na rozprzestrzenianie się wśród zwierząt chorób, odpowiada:
- W okolicy czatowni prawdopodobieństwo zarażenia się wcale nie jest większe, nie ma tu bowiem większych koncentracji zwierząt, niż występują w naturze. Gdy ptaki znajdą w przyrodzie padlinę, również się przy niej koncentrują w podobnej liczbie osobników jak przed moją czatownią. A przynęta jest zabezpieczona przed jej zjadaniem przez ssaki.
Innego zdania jest profesor Rafał Kowalczyk z Instytutu Biologii Ssaków PAN w Białowieży, a prywatnie mąż autorki fotografii opublikowanej w mediach społecznościowych i członek Związku Polskich Fotografów Przyrody.
Wskazuje, że wykładanie mięsa prowadzi do koncentracji w jednym miejscu dużej liczby zwierząt. I choć czatownie zlokalizowane są na terenach prywatnych, to takie praktyki nie powinny mieć miejsca. - Tym bardziej że mówimy o tak cennym obszarze, jakim jest Puszcza Białowieska - podkreśla.