Admirał Sir John Woodward ostrzegł ponadto, że wyraźnie widoczna jest stopniowa zmiana postawy USA, która jest coraz bardziej proargentyńska. Waszyngton miałby nie mieć znaczącego interesu w ewentualnym poparciu Wielkiej Brytanii, gdyby konflikt o wyspy rozgorzał na nowo. Wyraźnym sygnałem ma być to, że Departament Stanu w oficjalnych dokumentach zaczął stosować argentyńską nazwę Falklandów - Malwiny.
Ostre cięcia
Podczas wojny w 1982 roku USA odegrały ważną rolę wspierając Wielką Brytanię. Amerykańskie wojsko dostarczało sojusznikowi dane z rozpoznania satelitarnego, amunicję i pomagało w tankowaniu powietrznym. - Obecnie nie możemy już liczyć na Pentagon - ostrzega Woodward.
Zdaniem admirała, stwierdzenie obecności znacznych złóż ropy i gazu na wodach wokół Falklandów będzie prowadzić do wzrostu napięcia i nieuniknionych starań Argentyny, aby zyskać do nich dostęp. Tutaj Londyn też nie może liczyć na zdecydowane wsparcie USA. W minionym tygodniu Organizacja Państw Amerykańskich (najważniejsza regionalna organizacja obu Ameryk) przyjęła oświadczenie, iż Argentyna i Wielka Brytania powinny przeprowadzić negocjacje w sprawie przynależności Falklandów.
Gdyby rząd w Buenos Aires rzeczywiście zaczął wywierać presję w sprawie wysp, Londyn, według admirała, sam pozbawił się argumentów w negocjacjach. Ostre cięcia budżetowe doprowadziły do dramatycznego spadku siły bojowej Royal Navy, która na przykład nie ma już lotniskowców i samolotów pokładowych, a w ciągu ostatniej dekady straciła połowę okrętów.
Według najnowszych doniesień mediów, brytyjscy piloci będą kierowani do nauki francuskiego a następnie będą trenować pilotowanie francuskich myśliwców pokładowych Rafale M. Korzystanie z francuskiego sprzętu i lotniskowca "Charles de Gaulle" ma być remedium na brak własnych lotniskowców i samolotów. Niektórzy oficerowie Royal Navy nazywają to "ostatecznym upokorzeniem."
Źródło: telegraph.co.uk